Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 9
— A jużci! Przed wami trzeba ino mizdrzyć się, kręcić się, forfantować, wylalać się, to wam się zaraz w oko wpadnie, a niech ino człeczysko uczciwe, to ani weź!... Choroba tam kto dogodzi babie, chyba diabeł, co kiedy sam nie może, wysyła babę. Nie mówię tego do pani Kontrolerowej, bo to poczciwości kobieta, ale tak sobie... Marcychno! — prawił kowal, którego humor od niejakiego czasu pogorszał się bardziej.
— Proszę tatunia, czy to prawda, że Michałkiewiczowa kupę pieniędzy Józiakowi zostawiła... Fidrykowa powiada, że bardzo dużo? — zapytała córka, chcąc na inny przedmiot naprowadzić rozmowę i rozerwać złe myśli staremu.
— Kupę jak kupę... ale jużci zawsze się tam mu okroi. Chłopczysko będzie oto mogło przynajmniej pomóc sobie na tym świecie. Szkoda, mospanie, oto kobiety, dobre to było, ciche, łagodne, nosa nie zadzierała; nie miałać bo i z czego, ale mogłaby sobie pożyć jeszcze bez niczyjej krzywdy kilka czasów.
— Prawda, tatuniu! Miła bardzo kobiecina, a tak przywiązana do Józiaka jak matka — odparła Marcysia, której piękne oczki zwilżyły się nagle.
— Tak to, moje dziecko... człek ani wie, kiedy mu sądzono... I dobrzy, i źli wynoszą się przez gwałt na tamten świat, trudno, trzeba iść każdemu!... Choroba by tam komu żal było życia, ino tych, Marcyś, co się tu zostawia, tych pewnikiem żal porzucać — odparł stary odwracając nagle twarz od córki, bo czuł, jak mu łzy kapały na wąsy.
Któregoś wieczoru, mimo zawiei straszliwej, Michałka mniej kaszlała, niby to lepiej się jej zrobiło i sama
— Proszę tatunia, czy to prawda, że Michałkiewiczowa kupę pieniędzy Józiakowi zostawiła... Fidrykowa powiada, że bardzo dużo? — zapytała córka, chcąc na inny przedmiot naprowadzić rozmowę i rozerwać złe myśli staremu.
— Kupę jak kupę... ale jużci zawsze się tam mu okroi. Chłopczysko będzie oto mogło przynajmniej pomóc sobie na tym świecie. Szkoda, mospanie, oto kobiety, dobre to było, ciche, łagodne, nosa nie zadzierała; nie miałać bo i z czego, ale mogłaby sobie pożyć jeszcze bez niczyjej krzywdy kilka czasów.
— Prawda, tatuniu! Miła bardzo kobiecina, a tak przywiązana do Józiaka jak matka — odparła Marcysia, której piękne oczki zwilżyły się nagle.
— Tak to, moje dziecko... człek ani wie, kiedy mu sądzono... I dobrzy, i źli wynoszą się przez gwałt na tamten świat, trudno, trzeba iść każdemu!... Choroba by tam komu żal było życia, ino tych, Marcyś, co się tu zostawia, tych pewnikiem żal porzucać — odparł stary odwracając nagle twarz od córki, bo czuł, jak mu łzy kapały na wąsy.
Któregoś wieczoru, mimo zawiei straszliwej, Michałka mniej kaszlała, niby to lepiej się jej zrobiło i sama
www.nfspolska.pl


