Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 86
rzemieślnik, którego marzenia i ambicja nie sięgały tak wysoko.
Dopieroż teraz życzenia i podarunków bez liku na drogę! Kum Szczepan dał mu inkluz: dwa złote polskie, które przez całą kampanię nosząc przy sobie, dotychczas zachował; Marcysia krzyżyczek srebrny; Fidrykowa tabakierkę po mężu i flaszeczkę śliwowicy; Maciuś nóż podróżny; a Jakubowa, zapewne w imieniu panny, spory kawał pieczeni i chleba zawinęła w papier. Nie wiedział chłopczyna, gdzie pochować to wszystko.
Gwiznęła para przeraźliwie.
— Pracuj, pamiętaj pisać do mnie i wracaj! — zawołał Paweł całując go serdecznie.
— A pamiętaj tam o szkaplerzach, pieszczochu! — mówił ojciec Jakub, któremu widocznie miękko się zrobiło na sercu.
— Choroba, gdybyś mi nie wrócił, nim gicały wyciągnę, z tamtego świata bym ci dokuczał, pamiętaj, Józiak! — gadał kowal płacząc z nim razem.
— Proszę i o mnie nie zapomnić, będę się modliła, żeby się powodziło jak najlepiej — dodała Marcysia, która ściskając go za rękę, byłaby mu najchętniej pozwoliła nie tylko na pulchnych paluszkach, ale na pulchniejszym buziaku złożyć braterski uścisk pożegnania.
— A daj Boże, żeby wam wszyscy, Józiaku, tak zawsze byli życzliwe jak ja, com was to od maleńkiego prawie wychowała, co? — zaintonowała płaczliwym flecikiem Fidrykowa.
— A... nie bój się, Jó-ziak, prę-dze-dzej ten par-parch ko-ko-ści wszystkie pogubi, niż się oż-ożeni, ino wra-caj i kup mi zegar-czynę tanio, to ci wró-cę-cę — szepnął Maciuś trzymając go długo w objęciach.