Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 84
czynka wiedziała, że go jej obojętność skłania najbardziej do opuszczenia Warszawy. Zresztą, puszczał się sam aż za granicę, Bóg wie, kiedy miał wrócić. Każda kobieta sympatyzuje mniej więcej z niezwyczajnością każdą; wrażenie na niej wywiera najmniejszy wypadek, różny od codziennych wydarzeń; tym bardziej, jeśli ta nadzwyczajność lub wypadek tyczy się człowieka, którego lubi lub zna od dawna.
— A ma się wie, że odprowadzim. Ho, ho, mospanie, nakładziemy mu w uszy, żeby tam, choroba, z Miemką jaką się nie ożenił, mięszanych pędraków nie przywoził tutaj, choć mogą z nich być niezłe ludzie, jak nie przymierzając synek Fidrykowej, i — żeby powrócił, nim jeszcze gicały wyciągnę, boć to nie wiadomo, jak i kiedy komu sądzono.
— Co też gadacie, majstrze!
— Pamiętaj, Józiak, żebyś mi tu wrócił, nim jeszcze człeczysko do świętej ziemi wróci, żebyśmy przy tym stole z Fidrykowa, z Maciusiem, z tobą palnęli jeszcze po kieliszku. Marcychna, to tam wiesz, jak zwykle dziewucha, jużcić jej lepiej, im prędzej z domu — ale nie bój się, choćby była panią całą gębą, choroba — jakżebym ją naszwejsował, gdyby cię nie przywitała jak brata, mój chłopie! Ho, ho, mospanie, mniejsza tam o kogo! — zawołał, zasępiając się, stary — ale żeby mi dziecko moje miało wstydać się swoich, jak o to nie trudno, wiesz, Józiaku — to niechżeby ją najsiarczystsze pioruneczki zatrzasły!
— Niesłusznie wspominacie nawet, kumie Szczepanie — panna Marcjanna za poczciwa, za dobre ma serce — rzekł Józiak i choć zarumieniony, ośmielił się jednak spojrzeć na majstrównę, która także raczka spiekłszy nie mogła wytrzymać jego wzroku.
— Tak się ino mówi, chłopaczku! Choroba, żeby mi to naprawdę we łbie postało — mówił stary zamyśla-
— A ma się wie, że odprowadzim. Ho, ho, mospanie, nakładziemy mu w uszy, żeby tam, choroba, z Miemką jaką się nie ożenił, mięszanych pędraków nie przywoził tutaj, choć mogą z nich być niezłe ludzie, jak nie przymierzając synek Fidrykowej, i — żeby powrócił, nim jeszcze gicały wyciągnę, boć to nie wiadomo, jak i kiedy komu sądzono.
— Co też gadacie, majstrze!
— Pamiętaj, Józiak, żebyś mi tu wrócił, nim jeszcze człeczysko do świętej ziemi wróci, żebyśmy przy tym stole z Fidrykowa, z Maciusiem, z tobą palnęli jeszcze po kieliszku. Marcychna, to tam wiesz, jak zwykle dziewucha, jużcić jej lepiej, im prędzej z domu — ale nie bój się, choćby była panią całą gębą, choroba — jakżebym ją naszwejsował, gdyby cię nie przywitała jak brata, mój chłopie! Ho, ho, mospanie, mniejsza tam o kogo! — zawołał, zasępiając się, stary — ale żeby mi dziecko moje miało wstydać się swoich, jak o to nie trudno, wiesz, Józiaku — to niechżeby ją najsiarczystsze pioruneczki zatrzasły!
— Niesłusznie wspominacie nawet, kumie Szczepanie — panna Marcjanna za poczciwa, za dobre ma serce — rzekł Józiak i choć zarumieniony, ośmielił się jednak spojrzeć na majstrównę, która także raczka spiekłszy nie mogła wytrzymać jego wzroku.
— Tak się ino mówi, chłopaczku! Choroba, żeby mi to naprawdę we łbie postało — mówił stary zamyśla-
www.nfspolska.pl


