Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 83
posłał zaraz Jakubowę po Macieja i trumniarkę. Dziwili się wszyscy, nie wyjmując Marcysi, która mizerna była nadzwyczaj; odradzali mówiąc, żeby na potem odłożył, wierzyć nie chcieli — i przekonawszy się nareszcie o nieodwołalnym postanowieniu Sierockiego, z najżywszym współczuciem wypytywali się o najmniejsze szczegóły, jakby ich najbliższy krewny jaki, syn albo brat opuszczał.
Kto nie przyjrzał się dokładniej pracowitej klasie rzemieślniczej, zwłaszcza z naszego plemienia, pojąć nie zdoła, ile tam serca: nie w mowie, ale w czynie — chętnego i gorącego; ile przyjaźni, troskliwości i pieczołowitości doznaje człowiek spod ich chorągwi, dla którego są przychylni. Może w żadnym możnym ani średnim nawet domu nie przyjmują ani żegnają krewnego lub przyjaciela tak bratnio, gościnnie, nie troszczą się o niego tak żywo i prawdziwie jak stosunkowo u nich o człowieka, co z nimi pracował i chleb ich pożywał.
— A choroba... Marcyś, Jakubowa! Uwińcie no się duchem! Toć to chłopczysko biegało pewno przez cały dzień, głodny jak wilk. Maciuś, pchnij no Kubę po miodu flaszkę i po piwo. O! kiedyś taki zuch, że od nas odchodzisz, to niech cię najjaśniejsze pioruneczki, nie puszczę cię na sucho.
— Na drogę nie zaszkodzi posilić się, panie Józwie, nie zawadzi, co? — wtrąciła Fidrykowa.
— Odprowadzimy pana Józefa — szepnęła Marcysia, której nigdy jakoś Józiak nie wydał się tak przystojnym jak w tych palonych butach, z tłumoczkiem na plecach i kijem sękatym w ręku. Może w delikatnej jego twarzy, w wyrazistym wzroku postanowienie to naznaczyło się bardziej męskim, energiczniejszym rysem.
Lubiąc go jak brata, jak krewnego, pewno dziew-
Kto nie przyjrzał się dokładniej pracowitej klasie rzemieślniczej, zwłaszcza z naszego plemienia, pojąć nie zdoła, ile tam serca: nie w mowie, ale w czynie — chętnego i gorącego; ile przyjaźni, troskliwości i pieczołowitości doznaje człowiek spod ich chorągwi, dla którego są przychylni. Może w żadnym możnym ani średnim nawet domu nie przyjmują ani żegnają krewnego lub przyjaciela tak bratnio, gościnnie, nie troszczą się o niego tak żywo i prawdziwie jak stosunkowo u nich o człowieka, co z nimi pracował i chleb ich pożywał.
— A choroba... Marcyś, Jakubowa! Uwińcie no się duchem! Toć to chłopczysko biegało pewno przez cały dzień, głodny jak wilk. Maciuś, pchnij no Kubę po miodu flaszkę i po piwo. O! kiedyś taki zuch, że od nas odchodzisz, to niech cię najjaśniejsze pioruneczki, nie puszczę cię na sucho.
— Na drogę nie zaszkodzi posilić się, panie Józwie, nie zawadzi, co? — wtrąciła Fidrykowa.
— Odprowadzimy pana Józefa — szepnęła Marcysia, której nigdy jakoś Józiak nie wydał się tak przystojnym jak w tych palonych butach, z tłumoczkiem na plecach i kijem sękatym w ręku. Może w delikatnej jego twarzy, w wyrazistym wzroku postanowienie to naznaczyło się bardziej męskim, energiczniejszym rysem.
Lubiąc go jak brata, jak krewnego, pewno dziew-
www.nfspolska.pl