Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 82
wego na wszelkie poświęcenia dla szczęścia ukochanych.
Duch jej, przywołany potężnym zaklęciem łez, żalu i modlitwy, co z czystej, młodzieńczej duszy jasnym promieniem biegła, musiał unosić się opiekuńczo, czuwał nad synem, który nie wiedział, że się modli na matki grobie.
Zobowiązał datkiem pieniężnym grabarza i babę smętarną, żeby czysto utrzymywali mogiłę i nieśmiertelnikami wieńczyli — dał jeszcze na kilka mszy w kościółku powązkowskim i znowu od rogatek wsiadłszy do dorożki, stanął wkrótce przed domkiem na Głębokiej ulicy. Dreszcz go przebiegł, serce żywiej bić zaczęło, kiedy otwierał drzwi do mieszkania kowala. Słychać tam było jakąś sprzeczkę: brzmiący głos Szczepaniaka i szlochanie Marcysi — chciał cofnąć się, pożegnać tymczasem Maciusia i Fidrykowę, ale drzwi skrzypnęły, wszedł.
— Choroba... któż tam znowu? A to ty, Józiak! Dobrze, żeś przyszedł, chłopaczku, pomożesz mi oto zrachować, co się za robotę należy i siła tam trza będzie dopłacić jeszcze na ten miesiąc Chałkowi. Cóż to, u stu najsiarczystszych pioruneczków! Tłumoczek na plecach i buty długie? Patrzaj no, Marcychna! Gdzież się to wybierasz?
— Przyszedłem właśnie pożegnać się z wami i prosić o błogosławieństwo, bo idę na wędrówkę.
— Jak to, dzisiaj? A daleko? kiedy wrócisz? Skądże to znowu tak nagle, chłopczyku? Co się stało? choroba!
Tymi i tym podobnymi zapytaniami zarzucił go kowal, zdziwiony i wzruszony widocznie, kiedy się dowiedział, że Józiak nie tak prędko myśli powrócić. Jakoś mu się to w głowie nie mogło pomieścić, że go nie będzie już widywał przynajmniej raz na miesiąc,
Duch jej, przywołany potężnym zaklęciem łez, żalu i modlitwy, co z czystej, młodzieńczej duszy jasnym promieniem biegła, musiał unosić się opiekuńczo, czuwał nad synem, który nie wiedział, że się modli na matki grobie.
Zobowiązał datkiem pieniężnym grabarza i babę smętarną, żeby czysto utrzymywali mogiłę i nieśmiertelnikami wieńczyli — dał jeszcze na kilka mszy w kościółku powązkowskim i znowu od rogatek wsiadłszy do dorożki, stanął wkrótce przed domkiem na Głębokiej ulicy. Dreszcz go przebiegł, serce żywiej bić zaczęło, kiedy otwierał drzwi do mieszkania kowala. Słychać tam było jakąś sprzeczkę: brzmiący głos Szczepaniaka i szlochanie Marcysi — chciał cofnąć się, pożegnać tymczasem Maciusia i Fidrykowę, ale drzwi skrzypnęły, wszedł.
— Choroba... któż tam znowu? A to ty, Józiak! Dobrze, żeś przyszedł, chłopaczku, pomożesz mi oto zrachować, co się za robotę należy i siła tam trza będzie dopłacić jeszcze na ten miesiąc Chałkowi. Cóż to, u stu najsiarczystszych pioruneczków! Tłumoczek na plecach i buty długie? Patrzaj no, Marcychna! Gdzież się to wybierasz?
— Przyszedłem właśnie pożegnać się z wami i prosić o błogosławieństwo, bo idę na wędrówkę.
— Jak to, dzisiaj? A daleko? kiedy wrócisz? Skądże to znowu tak nagle, chłopczyku? Co się stało? choroba!
Tymi i tym podobnymi zapytaniami zarzucił go kowal, zdziwiony i wzruszony widocznie, kiedy się dowiedział, że Józiak nie tak prędko myśli powrócić. Jakoś mu się to w głowie nie mogło pomieścić, że go nie będzie już widywał przynajmniej raz na miesiąc,
www.nfspolska.pl