Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 8
— Prawdziwy anioł! — zawołał z głębi piersi Paweł, którego zwilżonych od wzruszenia oczu nie mógł w zmroku dojrzeć zakonnik.
V
Dwukonny karawan wlókł się z Tamki ku Powązkom. Było kilku księży, między nimi ojciec Jakub. Za trumną szedł Józiak, Maciuś, rudy Fidryczek, mały stolarczyk niemowa, dwóch starszych chłopców od Szczepaniaka, eks-wiwandierka, trzech czeladzi u jednego majstra z Józiakiem pracujących, Mateuszowa i kilka kobiet z domku, gdzie mieszkała nieboszczka.
W jednej dorożce jechała Grzybińska, gospodyni od Beleńskich, w drugiej kum Szczepan z Marcysią, w trzeciej Fidrykowa, co dawnemu czeladnikowi swojemu na wpół darmo porządną, lakierowaną trumnę odstąpiła, w czwartej majster, u którego Józiak teraz pracował. Na Krakowskim Przedmieściu złączył się z orszakiem Paweł, który naumyślnie po to czekał w narożnej cukierni. Zoczywszy go zapłakany Józiak podbiegł żywo i chciał pocałować w rękę, ale dawny nauczyciel nie pozwolił na to, nie wsiadł do ostatniej dorożki z majstrem i pieszo poszedł z nimi aż na Powązki.
— Poczciwe człeczysko z tego pana budowniczego — mówił do córki Szczepaniak — nieobłudne i nie gardzi prostymi ludźmi... wlecze się, biedactwo, jakby czeladniczyna jaki, a głowa, mospanie, nie od pozłoty. Choroba tam by chciał kto inny chlapać się tak po błocie!
— Pan Paweł pewno bardzo dobry i sprawiedliwy w gruncie, ale pani Kontrolerowa powiada, że wygląda zawsze, jakby się nie wyspał, i pani Kontrolerowa ciągle narzeka, że taki niedbały wedle siebie.
V
Dwukonny karawan wlókł się z Tamki ku Powązkom. Było kilku księży, między nimi ojciec Jakub. Za trumną szedł Józiak, Maciuś, rudy Fidryczek, mały stolarczyk niemowa, dwóch starszych chłopców od Szczepaniaka, eks-wiwandierka, trzech czeladzi u jednego majstra z Józiakiem pracujących, Mateuszowa i kilka kobiet z domku, gdzie mieszkała nieboszczka.
W jednej dorożce jechała Grzybińska, gospodyni od Beleńskich, w drugiej kum Szczepan z Marcysią, w trzeciej Fidrykowa, co dawnemu czeladnikowi swojemu na wpół darmo porządną, lakierowaną trumnę odstąpiła, w czwartej majster, u którego Józiak teraz pracował. Na Krakowskim Przedmieściu złączył się z orszakiem Paweł, który naumyślnie po to czekał w narożnej cukierni. Zoczywszy go zapłakany Józiak podbiegł żywo i chciał pocałować w rękę, ale dawny nauczyciel nie pozwolił na to, nie wsiadł do ostatniej dorożki z majstrem i pieszo poszedł z nimi aż na Powązki.
— Poczciwe człeczysko z tego pana budowniczego — mówił do córki Szczepaniak — nieobłudne i nie gardzi prostymi ludźmi... wlecze się, biedactwo, jakby czeladniczyna jaki, a głowa, mospanie, nie od pozłoty. Choroba tam by chciał kto inny chlapać się tak po błocie!
— Pan Paweł pewno bardzo dobry i sprawiedliwy w gruncie, ale pani Kontrolerowa powiada, że wygląda zawsze, jakby się nie wyspał, i pani Kontrolerowa ciągle narzeka, że taki niedbały wedle siebie.
www.nfspolska.pl