Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 79
Paweł ściskając mu rękę serdecznie. — Daję ci słowo, nie wiem, co robić z własnymi pieniędzmi, kiedy mam czasem trocha... Toż bym sobie narobił kłopotu pilnując czyich! Poczekaj, zejdę na dół i poproszę zaraz Beleńskiego. Czy dziś chcesz odejść koniecznie?
— A już takem sobie postanowił, proszę pana, żeby ani chwilki nie zwłóczyć!... Im prędzej, tym lepiej; chyba żeby pan kazał — odpowiedział chłopiec z głębokim westchnieniem.
— Kiedy więc tak koniecznie, to ci się przyda rajscajg... Mam dwa, jeden musisz wziąć ode mnie na pamiątkę! I muszę przecie wychowańca mego odprowadzić choć na kolej! — zawołał Paweł obejmując go za szyję.
— Pan zawsze za dobry! A to na świecie takim ludziom niedobrze! — zawołał Józiak ze łzami.
Laudetur Jesus Christus! — zabrzmiał niski głos zakonnika, który z twarzą szczególniej zadowoloną, ojcowskim jakby wzrokiem spojrzał na młodych przyjaciół.
In saecula! ojcze Jakubie! Pogniewał się oto na nas Józiak i opuszcza na długo.
— Ano... tęskno ptaszynie wyfrunąć z gniazdeczka i pobujać, ale niech ino
dominatio vestra nie obawia się, stęskni się ptaszę i powróci niedługo. Ano... młodemu takiemu, kiedy nieraz coś dogryzie w sercu, to i nie dziw, że się rwie w obce kraje, między innych ludzi. Uprze się, ani weź z nim! Co mu tam nawet wybijać z głowy, niech sobie lepiej sam wybije! Ano, aby się tylko nie popsuł, to i z korzyścią dla niego.
— Za Józiaka naszego ręczę, że czasu nie zmarnuje. Pracę lubi, do hulanki nie ma pociągu.