Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 77
— Idź więc w imię boże, moje dziecko, kiedy ci tu z nami przykro — dodał Paweł patrząc życzliwie w mówiące, wyraziste oczy chłopczyny. — Byłbym najszczęśliwszy, gdybyś odniósł prawdziwą korzyść z wędrówki, wyszedł na pierwszego u nas rzemieślnika w swoim fachu. Pracuj więc po swojemu i z tą myślą, żeby się udoskonalić jak można najbardziej, a kochaj mnie i w każdym wypadku z największym zaufaniem odnoś się do mnie! Napiszesz przecie parę słów?
— Ach! panie budowniczy, kiedy pan pozwala... — zawołał Józiak i rozpłakał się na dobre.
— Spodziewam się, że do nas zatęsknisz i że prędzej wrócisz niż za trzy lata. Z twoimi zdolnościami, przy silnej woli prędko się nauczyć można wszystkiego — dodał Paweł, także wzruszony. — Bądźże z pożegnaniem i u pani Beleńskiej, ale, ale, u kuma Szczepana?
— A jakżebym mógł nie pożegnać się z kumem i z Maciusiem? — odparł chłopczyna rumieniąc się nieco.
— A obrachowałeś się też, mój bracie? Starczy ci na drogę? Choć wiem, że roboty nie zabraknie nigdzie tak zdolnemu czeladnikowi, ale zawsze lepiej mieć pewność wszelką. Słuchaj, Józiak! Gdyby, co Boże broń, jaki wypadek, choroba, piszże zaraz do mnie, pamiętaj! Zaradzimy tu, jak można będzie. A jakże teraz kasa podróżna?
— Panie budowniczy, nie zasłużyłem na tyle łaski; niech panu Bóg wszystko dobre daje! — zawołał Józiak ciskając się mu do nóg.
— Józiak! wstydź się, wstań, klęka się tylko przed Bogiem.
www.nfspolska.pl