Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 74
— Ej że, ino po skalmiersku, pawie piórko, mój człeczysku! — słychać było głos kowala ze sieni.
Nagle zaturkotała dorożka. Otulony w płaszcz z pluszowym kołnierzem wysiadł Marcelek. W lakierowanych butach ostrożnie stąpał po zabłoconym bruku, a bojąc się jeszcze kilku kroków na ulicy, chciał przez sklepik przejść do sieni. Wszedłszy zapomniał schylić się, trącił o odrzwia i spadł mu kapelusz pod trumny. Na grzeczne powitanie wszyscy mu odpowiedzieli, ale po kapelusz nikt się nie ruszył. Skrzywiony, schylić się musiał sam i z boleścią serca zoczywszy, jak się kastorowe przykrywadło powalało i zakurzyło, otarł go rękawem od płaszcza.
— Ach! jak to dobrze, że pan przyjechałeś, Monsieur Marcel... mama pańska tak cierpiąca — zawołała rumieniąc się Marcysia, która wchodziła właśnie z ojcem do sklepiku. — Chodź pan zaraz na górę! — dodała żywo, biorąc go za rękę.
— Kochany nasz pan Marcin, a niechże panu Pan Bóg da zdrowie, żeś pan przyjechał — rzekł za córką Szczepaniak ściskając rękę elegantowi.
— Stary koń Pana Jezusa! — mruknął ojciec Jakub. „Nie ma co! W świat, w świat!" — pomyślał Józiak.
IV
W parę tygodni potem Paweł, nieco cierpiący, nie wychodził z rana od siebie i pochyliwszy mizerną, smutną twarz nad rajzbretem opracowywał projekt do wielkiego jednego gmachu, na który był ogłoszony konkurs.
Nagle zaturkotała dorożka. Otulony w płaszcz z pluszowym kołnierzem wysiadł Marcelek. W lakierowanych butach ostrożnie stąpał po zabłoconym bruku, a bojąc się jeszcze kilku kroków na ulicy, chciał przez sklepik przejść do sieni. Wszedłszy zapomniał schylić się, trącił o odrzwia i spadł mu kapelusz pod trumny. Na grzeczne powitanie wszyscy mu odpowiedzieli, ale po kapelusz nikt się nie ruszył. Skrzywiony, schylić się musiał sam i z boleścią serca zoczywszy, jak się kastorowe przykrywadło powalało i zakurzyło, otarł go rękawem od płaszcza.
— Ach! jak to dobrze, że pan przyjechałeś, Monsieur Marcel... mama pańska tak cierpiąca — zawołała rumieniąc się Marcysia, która wchodziła właśnie z ojcem do sklepiku. — Chodź pan zaraz na górę! — dodała żywo, biorąc go za rękę.
— Kochany nasz pan Marcin, a niechże panu Pan Bóg da zdrowie, żeś pan przyjechał — rzekł za córką Szczepaniak ściskając rękę elegantowi.
— Stary koń Pana Jezusa! — mruknął ojciec Jakub. „Nie ma co! W świat, w świat!" — pomyślał Józiak.
IV
W parę tygodni potem Paweł, nieco cierpiący, nie wychodził z rana od siebie i pochyliwszy mizerną, smutną twarz nad rajzbretem opracowywał projekt do wielkiego jednego gmachu, na który był ogłoszony konkurs.
www.nfspolska.pl