Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 73
— Wstąpiliśmy z ojcem Jakubem do Fidrykowej i tam...
— To ojciec Jakub przyszedł także? A choroba... czemuż tu nie przylazł?
— Widać, markotno mu, żeście w takie nieszczęście popadli!
— Choroba tam... Józiaku! Łacno zawsze złemu podejść ludzi, jak oto podeszli panią Kontrolerowę. Oj... żeby mi ino ten Jabłuszko popadł w ręce, dałżebym mu basarunek, ażby mu Kraków w ślipiach zabłyszczał. Chodźmy do Fidrykowej! — zawołał nagle i wszedłszy do sklepiku trumniarki, ze łzami w oczach opowiedział natychmiast wszystkim, że mu Józiak chciał pożyczyć tysiąc złotych.
— Ano, mówiłem wam zawsze, kumie, żeście oślepli i prawdziwych przyjaciół prześlepili. Może dopiero bieda oczy wam otworzy — szepnął ojciec Jakub nadstawiając mu tabakierkę.
— Piśnijcie ino słówko, kumie, to i ja mam ci tam z łaski Boga trzysta złotych, nie pogardzicie, co? Bezpieczniej im będzie u was niż u mnie — zawołała Fidrykowa.
— Sto-sto dwa-dzie-dzieścia złotych uciu-ciu-łałem ja także, maj-strze-strze, kiedy łas-łaska, weźcie — rzekł schylając się mu do nóg Maciuś.
— A choroba, choroba! Bóg wam zapłać, majstrowa, Bóg ci zapłać, Maciusiu! Nie bójta się! Jeszcze człeczysko nie zginęło i poradzi sobie. Poczekajcie... Maciuś, każ Jakubowej przynieść jeszcze dwie butelki miodu! Chodźcie oto do mnie na bachandryję.
— A ja kiszki usmażę! — zawołała majstrowa.