Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 72
— Jużci, kilkaset złotych zawdy mi się przyda, ale zrobilibyście mi największe dobrodziejstwo, majstrze, gdybym wam mógł pożyczyć ten tysiąc, dalibóg, nie wiem, co z nim począć. Słyszałem oto, że wam potrzeba pieniędzy, weźcie, majsterku poczciwy, a mnie odebrać za rok, za dwa, za trzy lata, wszystko jedno, wiem, że zawsze odbiorę.
— Józiak! Poczciwyś chłopak! Bóg cię pobłogosławi, moje dziecko! — zawołał Szczepaniak ściskając mu rękę i ocierając sobie oczy. — Z duszy serca bym wziął dawniej od ciebie tysiąc złotych, ale teraz, kiedy ździebko krucho, Bóg widzi, że nie mogę.
— Mój kumie Szczepanie!
— Ani w ząb!
— Majstrze najdroższy!
— A choroba, toćże wiesz, że ja hartowny, chłopaku, a kiej się uprę, to żeby najjaśniejsze pioruneczki trzaskały, nie ustąpie... Marcyś! — zawołał wracając z nim do drugiej izby — widzisz, jak to uczciwych ludzi w nieszczęściu widać zawsze. Pan Józiak chciał mi oto pożyczyć tysiąc złotych. Bóg ci zapłać, mój synu! Lepiej uciułaj sobie więcej grosiwa i załóż se warsztat jaki taki... Zawdy przecie lepiej być panem niż się wysługiwać u kogo... Każ no nam tam przynieść butelkę miodu, dzieweczko, od Winawera z Mostowej, stukniem szklankami, panie majstrze... oho, bo ty będziesz majstrem niedługo i będzie ci się wiodło jak z płatka, i Bóg cię nigdy nie opuści, mój bracie!
Józiak się zarumienił, tak cudnie spoza mgły łez spojrzała nań Marcysia.
— Aj... choroba z tymi szlochami, przestańże już raz, dziewczyno! i prędzej miodu, bo mnie w gardle piecze! — zawołał kowal do córki. — Skądeś to się dowiedział, Józiaku, że mnie potrzeba pieniędzy?