Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 71
prędko powitać,  co? Choroba, jak będziem hasać na weselu. Ja będę starszy drużba, a Marcyś druhna... Wytniemy na odsieb: Ejże, ino po skalmiersku, pas kowany, mój człeczysku — oj da dana, podkóweczki, chodźcie, dziewki, z całej wioski. Hu, ha! — zawołał stary ciskając rogatywkę w górę.
— Aj, przenajsłodsze imię Jezu, macie też z czego się radować, kumie! Przenajświętsza Panno Sokalska! aż człeka gnaty bolą słuchać, jak się z własnej biedy i krzywdy śmiejecie — odezwał się ochrzypły głos Jakubowej, która z sieni wetknęła ciekawie głowę niby olbrzymi burak jaki.
— Schowajcie no, matko, do wszystkich czartów waszą fizgomonię i zakneblujcie ozór! — wrzasnął gniewanie Szczepaniak. Nie wstając ze stołka, nogą drzwi zatrzasnął, aż Marcysia zadrgnęła przy oknie.
— Chciałem majstra kochanego prosić o jedną łaskę — rzekł kornie Józiak całując go w ramię.
— Gadaj, chłopaczku, co każesz! — zapytał wychodząc z nim do pierwszej izby.
— Tylko powiedzcie naprzód... czy przystaniecie, czy nie?
— A choroba tam cię wie, mój bracie, co mi powiesz. Rżnij, ino śmiało!
— Oto widzicie, biedne ciotczysko zostawiło mi parę tysięczyn. Mam, dzięki Bogu, sporo roboty i tyle mi płacą, co i drugi majster nie zarobi. Ogarnąłem się trocha i zostało mi jeszcze tysiąc kilkaset złotych, z którymi, dalibóg, nie wiem, co robić.
— A niechże cię najjaśniejsze pioruneczki... to mi pan, nie wie, co robić z grosiwem!