Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 70
— Ano, kto wie, może masz słuszną racją... skądżeby ten babsztyl; święty Boże, wziął pieniędzy, kiedy już na interes jej zabrakło i zapożyczyła się u drugich.
— A ma się wie, że to gołe jak święty turecki, głowę na trzy piętra nosi, a krzywdzi ludzi, kucharce za najmniejsze ździebko wytrąca, żywi jak bydlę, i pcha, tylko pcha w tego synala lala, co Marcychnę bałamuci... albo nie, co? — zagadnęła Fidrykowa.
— Bałamu-ci-ci jak bałamuci, ale zawdy ją tam świ-świdrygant oszwabia, bo dziewu-wucha patrz-trzy w niego jak w tę-czę-czę i be-czy-czy i wzdy-cha-cha. Aj, gdyby mi tak nie szło o kuma Szcze-szczepana, dopieroż bym mu karczy-czynę zamutrował, ażby po-pam-nię-niętał! — zawołał Maciuś zasadzając olbrzymie, posmolone łapy za fartuch.
— Chodźmy do kuma Szczepana, ojcze Jakubie! — zawołał Józiak.
— Ano, ja tam nie pójdę, nie wytrzymałbym, zdunderowałbym starego, myślałby jeszcze, że się naigrawam... Jak tu przyjdzie, to zgoda! Ale ty idź, chłopaczku!
Józiak w dwóch skokach przez sień całą wpadł do mieszkania kowala. Marcysia, zapłakana szyjąc przy oknie, smutno uśmiechnęła się do niego, za to kum Szczepan, który jeszcze na zmartwienie parę razy zajrzał do flaszeczki w pierwszej izbie, powitał go nader wesoło.
— A niechże cię, Józiaku, najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną, na jakiego to patrzysz panicza teraz! Ho, ho, ino ci wsiąść do kocza w cztery konie... Dobrze, chłopaczku, że dbasz o siebie. Patrz no, Marcyś, jaki sobie kupił zegarek. To ty pewno dlatego już nie załazisz do nas! Musi upatrzyłeś jaką niebogę, a kosmato
— A ma się wie, że to gołe jak święty turecki, głowę na trzy piętra nosi, a krzywdzi ludzi, kucharce za najmniejsze ździebko wytrąca, żywi jak bydlę, i pcha, tylko pcha w tego synala lala, co Marcychnę bałamuci... albo nie, co? — zagadnęła Fidrykowa.
— Bałamu-ci-ci jak bałamuci, ale zawdy ją tam świ-świdrygant oszwabia, bo dziewu-wucha patrz-trzy w niego jak w tę-czę-czę i be-czy-czy i wzdy-cha-cha. Aj, gdyby mi tak nie szło o kuma Szcze-szczepana, dopieroż bym mu karczy-czynę zamutrował, ażby po-pam-nię-niętał! — zawołał Maciuś zasadzając olbrzymie, posmolone łapy za fartuch.
— Chodźmy do kuma Szczepana, ojcze Jakubie! — zawołał Józiak.
— Ano, ja tam nie pójdę, nie wytrzymałbym, zdunderowałbym starego, myślałby jeszcze, że się naigrawam... Jak tu przyjdzie, to zgoda! Ale ty idź, chłopaczku!
Józiak w dwóch skokach przez sień całą wpadł do mieszkania kowala. Marcysia, zapłakana szyjąc przy oknie, smutno uśmiechnęła się do niego, za to kum Szczepan, który jeszcze na zmartwienie parę razy zajrzał do flaszeczki w pierwszej izbie, powitał go nader wesoło.
— A niechże cię, Józiaku, najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną, na jakiego to patrzysz panicza teraz! Ho, ho, ino ci wsiąść do kocza w cztery konie... Dobrze, chłopaczku, że dbasz o siebie. Patrz no, Marcyś, jaki sobie kupił zegarek. To ty pewno dlatego już nie załazisz do nas! Musi upatrzyłeś jaką niebogę, a kosmato
www.nfspolska.pl