Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 69
III
Kiedy tak na facjatce samotnie cierpiała Kontrolerowa, na dole tymczasem u Fidrykowej zebrali się goście niespodziani i szczupły sklepik trumniarki trząsł się od gwaru i wykrzyków rozlicznych.
— Ano, żal mi człeczyska. Mówiłem, że tak będzie. Jak sobie kto pościele, tak się i wyśpi. Łatwiej dać, trudniej odebrać — rzekł smutno kiwając głową ojciec Jakub, który przyszedł z Józiakiem odwiedzić przyjaciół na Głębokiej.
— Jednak i Żydzisko nie musiał grozić nadaremnie, a dziesięć tysięcy zapłacić od razu toć i dla kuma Szczepana nie podobna. Strzeżże, Panie Boże, żeby domek miał się dostać w cudze ręce, a jeszcze w żydowskie... zaraz wyprowadziłabym się, a tak się człowiek jakoś tu przyzwyczaił. Widział to kto! co?
— Nie bój-bój-cie się, majst-strowa, tak siła znowu Żydowi za Gulmańcewiczowę kum Szcze-szcze-pan nie winien: jużci za-wsze-wsze trzy czy cztery tysiące nie fraszki, ale Żydowi wara! — wtrącił Maciuś.
— Za swoje dobre poczciwy majster jeszcze musi cierpieć — dodał Józiak zamyślając się nagle.
— A jak pożyczy znów od kogo, boć będzie musiał pożyczyć, najsładniej oczywiście od Żyda, ano, jak przyjdzie płacić procenta, tak się nie wygramoli z długów biedaczysko, a pono wieki będzie czekał, zanim ta dobrodziejka z facjatki zapłaci... No, bo jużci ona mu tam kapaniną coś zwróci, pan Sarmiewicz mi zaręczał, a co pan Sarmiewicz powie, to murowane... prawda, Józiak?
— Kto wie, ojcze Jakubie, czy pan Sarmiewicz za Gulmańcewiczowę sam nie myśli zapłacić i dlatego wam zaręczał.
Kiedy tak na facjatce samotnie cierpiała Kontrolerowa, na dole tymczasem u Fidrykowej zebrali się goście niespodziani i szczupły sklepik trumniarki trząsł się od gwaru i wykrzyków rozlicznych.
— Ano, żal mi człeczyska. Mówiłem, że tak będzie. Jak sobie kto pościele, tak się i wyśpi. Łatwiej dać, trudniej odebrać — rzekł smutno kiwając głową ojciec Jakub, który przyszedł z Józiakiem odwiedzić przyjaciół na Głębokiej.
— Jednak i Żydzisko nie musiał grozić nadaremnie, a dziesięć tysięcy zapłacić od razu toć i dla kuma Szczepana nie podobna. Strzeżże, Panie Boże, żeby domek miał się dostać w cudze ręce, a jeszcze w żydowskie... zaraz wyprowadziłabym się, a tak się człowiek jakoś tu przyzwyczaił. Widział to kto! co?
— Nie bój-bój-cie się, majst-strowa, tak siła znowu Żydowi za Gulmańcewiczowę kum Szcze-szcze-pan nie winien: jużci za-wsze-wsze trzy czy cztery tysiące nie fraszki, ale Żydowi wara! — wtrącił Maciuś.
— Za swoje dobre poczciwy majster jeszcze musi cierpieć — dodał Józiak zamyślając się nagle.
— A jak pożyczy znów od kogo, boć będzie musiał pożyczyć, najsładniej oczywiście od Żyda, ano, jak przyjdzie płacić procenta, tak się nie wygramoli z długów biedaczysko, a pono wieki będzie czekał, zanim ta dobrodziejka z facjatki zapłaci... No, bo jużci ona mu tam kapaniną coś zwróci, pan Sarmiewicz mi zaręczał, a co pan Sarmiewicz powie, to murowane... prawda, Józiak?
— Kto wie, ojcze Jakubie, czy pan Sarmiewicz za Gulmańcewiczowę sam nie myśli zapłacić i dlatego wam zaręczał.
www.nfspolska.pl