Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 68
szy chłopiec, aby tylko z nim umieć postępować, prawda?
— Prawda, wujenko! — odparł zamyślony siostrzeniec potwierdzając machinalnie dobre mniemanie
o synu.
Pogadawszy jeszcze z nią przez chwilę, pocieszając, ile zdołał, odszedł nareszcie, unosząc w sercu miłe to wzruszenie, co po każdym dobrym uczynku podnosi je, wobec samego siebie uszlachetnia, w niebo dozwala patrzeć swobodniejszym, a w oczy bliźnich przyjaźniejszym wzrokiem.
Wdowa rozpłakała się dopiero na dobre w samotności najboleśniejszymi łzami — zawiedzionej nadziei
i dumy upokorzonej. Chociaż nie mogła być niewdzięczną dla Pawła, rozmowa z nim, ofiarowana przysługa, szlachetność człowieka, co nigdy od niej grzeczności żadnej nie wymagał, ciężyła jej i poniżała, nadawała niezwykłą jakąś przewagę krewnemu, o tyle od niej młodszemu, stawiała go względem niej i syna w charakterze jakby opiekuna i dobroczyńcy — na co wszystko rad nierad trzeba było przystać... Bolała najbardziej, że nie mogła się rozmówić tak szczerze z Marcelkiem, że to nie synek ukochany, nie to wystrojone pieścidełko pomaga matce w ciężkim położeniu, pociesza radą zdrową i uczynkiem... Nie mogła jakoś otrzaskać się z myślą, żeby ją i dziecko mogła czekać przyszłość bolesna tylko w pracy i ubóstwie, ale przypuszczając jakiś pomyślny traf, jakiś przychylniejszy promyk losu, czuła, że zanadto rachowała na zdrowie swoje i wytrzymałość wobec dolegliwości. W oczach ćmiło się coraz czarniej, w uszach szumiało coraz częściej, słabła tak gwałtownie, że zaledwie zdołała zawołać służącej i posłać po doktora.
— Prawda, wujenko! — odparł zamyślony siostrzeniec potwierdzając machinalnie dobre mniemanie
o synu.
Pogadawszy jeszcze z nią przez chwilę, pocieszając, ile zdołał, odszedł nareszcie, unosząc w sercu miłe to wzruszenie, co po każdym dobrym uczynku podnosi je, wobec samego siebie uszlachetnia, w niebo dozwala patrzeć swobodniejszym, a w oczy bliźnich przyjaźniejszym wzrokiem.
Wdowa rozpłakała się dopiero na dobre w samotności najboleśniejszymi łzami — zawiedzionej nadziei
i dumy upokorzonej. Chociaż nie mogła być niewdzięczną dla Pawła, rozmowa z nim, ofiarowana przysługa, szlachetność człowieka, co nigdy od niej grzeczności żadnej nie wymagał, ciężyła jej i poniżała, nadawała niezwykłą jakąś przewagę krewnemu, o tyle od niej młodszemu, stawiała go względem niej i syna w charakterze jakby opiekuna i dobroczyńcy — na co wszystko rad nierad trzeba było przystać... Bolała najbardziej, że nie mogła się rozmówić tak szczerze z Marcelkiem, że to nie synek ukochany, nie to wystrojone pieścidełko pomaga matce w ciężkim położeniu, pociesza radą zdrową i uczynkiem... Nie mogła jakoś otrzaskać się z myślą, żeby ją i dziecko mogła czekać przyszłość bolesna tylko w pracy i ubóstwie, ale przypuszczając jakiś pomyślny traf, jakiś przychylniejszy promyk losu, czuła, że zanadto rachowała na zdrowie swoje i wytrzymałość wobec dolegliwości. W oczach ćmiło się coraz czarniej, w uszach szumiało coraz częściej, słabła tak gwałtownie, że zaledwie zdołała zawołać służącej i posłać po doktora.
www.nfspolska.pl