Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 67
dobna, żeby tymczasem wujenka nie znalazła dla siebie jakiego zatrudnienia nauczycielskiego w Warszawie lub na wsi, kiedy wujenka gotowa poświęcić się mu znowu, i nie oszczędziła z emerytury i z honorarium do tysiąca złotych. Ja także spodziewam się latem zarobić więcej niż teraz, tak więc w przeciągu roku wypłacimy Szczepaniakowi najmniej cztery tysiące, a resztę, da Bóg, może jeszcze łatwiej zaspokoimy! Trzeba tylko ułożyć się z poczciwym wierzycielem, który ufając nam, jak wujenka widziała, na wszystkie warunki z góry przystanie.
— Ach, mon cher Monsieur Paul! jesteś za dobry i za łaskaw na mnie! Bóg ci nagrodzi, żeś ulitował się nad biedną kobietą, z którą nie masz żadnego obowiązku dzielić się szczupłymi dochodami, i to jeszcze na spłacenie niedorzecznych jej spekulacji. Wiem i tak, że ci podobno winien coś Marcelek — rzekła przytykając chustkę do oczu.
— Dzieciństwo, wujenko, kilkaset złotych.
— Jak to, aż kilkaset?... Prawda, mówił mi, przypominam sobie, podczas mojego pobytu na wsi i choroby jego dopomogłeś mu, zacny panie Pawle! — skłamała nagle kobieta, której Marcelek tylko o kilkunastu rublach wspomniał.
— Nie ma o czym mówić, wujenko! Trzeba tylko, żeby Marcelek wziął się na serio do pracy, ma piękny charakter pisma, rysuje techniczne rysunki nienajgorzej, mógłby i na tym zarobić; ja sam dostarczę mu roboty. Tymczasem niech się zabierze do nauki, wkrótce pora zdać egzamin, a mówiąc szczerze, kochana wujenko, nie myśli nawet o nim i nie gotuje się zupełnie.
— O mój Boże, mój Boże!
Mon cher Monsieur Paul! wpływaj też na Marcelka, o ile możesz; czuwaj nad nim, on ciebie szanuje i usłucha, bo to najlep-