Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 66
bydlę za kołnierz i przerzuciłem przez parkan — mówił jąkając się Maciuś.
— A niech cię najjaśniejsze pioruneczki... gracko, Maciusiu! Zawołaj no panienki. Może by pani Kontrolerowa albo pan budowniczy łaskawie co przetrącili, bo pewno państwo jeszcze nie po obiedzie. Marcychna z Jakubową zaraz się uwiną. Wielmożna pani nie pogardzi nami!
Gulmańcewiczowa, nie mogąc już dłużej wytrzymać, podziękowała kowalowi, powstała z największym wysileniem i wsparłszy się na Pawle i Marcysi, która niebawem nadbiegła, zaledwie miała siłę wejść po wschodach na górę.
— Ach! wolałabym prawie, mon cher Paul, żeby mi niegrzeczności nagadał, niż znosić tyle poniżenia, zależyć prawie jakby od łaski ludzi, nie przeczę, że uczciwych, ale z którymi się nie mogę tak zbratać, jak pragną... Przyznasz sam, panie Pawle! — mówiła zostawszy z nim sam na sam na facjatce pod Opatrznością Boską, gdzie niedawno tyle dumnych i złudnych rojeń snuła z macierzyńską skwapliwością o przyszłości jedynaka.
— Cóż im teraz mogłabym oddać od razu? Zaledwie z największym wysileniem, sprzedawszy chyba kilka rzeczy, od sześciuset do ośmiuset złotych, jak to daleko jeszcze do dziesięciu tysięcy! A reszta gdzie? A dla Marcelka tymczasem skąd? Boże wielki, za surowa kara! — zawołała znów po chwili, pochylając głowę na poduszkę.
— Owszem, wujenko kochana, i kilkaset złotych ma znaczenie, a dodawszy po dwieście złotych miesięcznie przez pół roku wypłacanych, czyli tysiąc dwieście złotych, którymi wujenka pozwolisz mi służyć sobie, to już pozostanie tylko ośm tysięcy — rzekł Paweł całując ją w rękę z uszanowaniem. — Nie po-
— A niech cię najjaśniejsze pioruneczki... gracko, Maciusiu! Zawołaj no panienki. Może by pani Kontrolerowa albo pan budowniczy łaskawie co przetrącili, bo pewno państwo jeszcze nie po obiedzie. Marcychna z Jakubową zaraz się uwiną. Wielmożna pani nie pogardzi nami!
Gulmańcewiczowa, nie mogąc już dłużej wytrzymać, podziękowała kowalowi, powstała z największym wysileniem i wsparłszy się na Pawle i Marcysi, która niebawem nadbiegła, zaledwie miała siłę wejść po wschodach na górę.
— Ach! wolałabym prawie, mon cher Paul, żeby mi niegrzeczności nagadał, niż znosić tyle poniżenia, zależyć prawie jakby od łaski ludzi, nie przeczę, że uczciwych, ale z którymi się nie mogę tak zbratać, jak pragną... Przyznasz sam, panie Pawle! — mówiła zostawszy z nim sam na sam na facjatce pod Opatrznością Boską, gdzie niedawno tyle dumnych i złudnych rojeń snuła z macierzyńską skwapliwością o przyszłości jedynaka.
— Cóż im teraz mogłabym oddać od razu? Zaledwie z największym wysileniem, sprzedawszy chyba kilka rzeczy, od sześciuset do ośmiuset złotych, jak to daleko jeszcze do dziesięciu tysięcy! A reszta gdzie? A dla Marcelka tymczasem skąd? Boże wielki, za surowa kara! — zawołała znów po chwili, pochylając głowę na poduszkę.
— Owszem, wujenko kochana, i kilkaset złotych ma znaczenie, a dodawszy po dwieście złotych miesięcznie przez pół roku wypłacanych, czyli tysiąc dwieście złotych, którymi wujenka pozwolisz mi służyć sobie, to już pozostanie tylko ośm tysięcy — rzekł Paweł całując ją w rękę z uszanowaniem. — Nie po-
www.nfspolska.pl