Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 65
mierzając, przywiązana do wielmożnej pani jakby do matki, a napłakało się to dzisiaj, nieboże, napłakało, kiedy nam doniósł psiawiara Bertones, że proces przegrany.
— Poczciwa panna Szczepańska, poczciwiście ludzie! Niech was Bóg nagrodzi! — zawołała z mimowolnym okrzykiem wdzięczności Gulmańcewiczowa, która piąte przez dziesiąte rozumiała tylko, co kowal powiadał, tak jej szumiało w uszach, a dreszcze coraz częściej przebiegały.
— Wielmożna, kochana pani, adyć pan Marcin to jakby już nasz, i mielibyśmy jeszcze dręczyć panią... a Boże Panie, toć by to choroba z takimi ludźmi! — zawołał Szczepaniak ze łzami w oczach, całując ją w rękę serdecznie, a potem z wiejska pokłonił się jej do nóg, Pawła chciał w ramię pocałować, ale Paweł poufale go uściskał. — Kochany panie budowniczy, panisko miarkuje, jak to człeku miło, kiedy się tak jakoś wygada... jakby mi spadł kamień, tak mi przedtem ciężko było na sercu, a teraz jak piórko człek lekki i swobodny.
„Święta bieda i praca! Jak dobry anioł czuwa po macierzyńsku nad mędrcem i prostakiem, nigdy go nie odrze z uroku swojego, zawsze mu zachowa najświętszy dar człowieka: serce" — pomyślał Paweł odwracając się nagle do okna i czując, że mu się oczy wilżyły.
— A co tam, Maciusiu? — zagadnął kum Szczepan widząc, że olbrzym uchylił zwolna drzwi od pierwszej izby.
— A to ten — Bar-bo-ness-ness psu-brat gadał u Fidrykowej, przy pannie Marcychnie, że jakbyście mu na termin nie zapłacili, to przyś-przyśle komornika i domek wam sprzedadzą... Gdyby to jego pieniądze, mówił, to by poczekał, ale to czyjeś inne... Wziąłem