Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 64
neczki roztrzaskają! — zawołał nagle, aż Gulmańcewiczowa na krześle podskoczyła. — Ja tam choćbym się uwziął, nie potrafię ukryć, co mi na sercu cięży... Wielmożna pani Kontrolerowo! wiem, że dzisiaj wielmożna pani proces przegrała w sądzie na Miodowej ulicy i sładno miarkuję, jak to wielmożnej pani doskwiera. Trudna, widać tak Bóg chciał, niechaj się święci Jego wola!
— Bądź przekonany, panie Szczepański, że co się tyczy długu i zaręczenia, które byłeś łaskaw zrobić dla mnie u Barbonesa...
— Jak też to państwo — zawsze państwo; prostych ludzi za nic nie ma — przerwał nagle kowal. — To już ja niby taki, co widząc, że ktoś zleci w dół, mam jeszcze zawalać dół kamieniem, żeby nie wylazł na górę... a choroba! To już widząc panią w nieszczęściu, mam jak Żyd wydzierać pani ostatek i dusić od ranka do nocy: oddaj no pieniądze!... Miarkowaliśmy ta zaraz z Marcychną, panie budowniczy, że pani Kontrolerowa z tej beczki zacznie... Toćże my ludzie, wielmożna pani! Po Bogu a prawdzie, dziesięć tysięcy piechotą nie chodzi, ale niech ich tam najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną, żeby sobie łamać zaraz głowę i lamentować... Czy tam prędzej, czy później odbiorę, dyć wiem, że mi pani krzywdy nie zrobi, a tymczasem będziemy sobie radzili, jak można, a choćby nawet tak ciężko było wielmożnej pani, żeby tam aż kiedyś dopiero, to...
— To niepodobieństwo — wtrącił Paweł. — Może nie od razu, ale częściowo, poczciwy majstrze, wujenka upłaci wam wszystko w jak najkrótszym przeciągu czasu.
— Aj choroba, choroba! Gdybyśmy byli obcy, ba! to co innego... Aleć my przecie, pani Kontrolerowo, jakby już swoi... Marcychną, biedactwo, to, nie przy-