Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 63
— Dziękuję i przepraszam, panie Szczepański, ale tak słaba jestem, że koniecznie potrzebuję spoczynku.
— O mój Boże! Może zgotować ziółek, co to kochana pani zwykle używa, albo po doktora posłać? — zawołała troskliwie Marcysia.
Paweł, znacznie baczniejszy, odkąd dzień w dzień przebywał w towarzystwie kobiet, dostrzegł, że dziewczynka ma czerwone oczy i stroskaną minkę.
— Nim wielmożna pani pójdzie na górę, na chwileczkę jedną do nas — nastawał kowal otwierając drzwi i z pokornym ukłonem usuwając się lokatorce.
Gulmańcewiczowa, nie mogąc ociągać się dłużej, weszła, a za nią Paweł — Marcychna została w sieni, kowal przymknął drzwi i kiedy już usiedli, podrapawszy się w czuprynę siwiejącą coraz bardziej, nagle wpadł do pierwszej izby, wydostał z szafki buteleczkę z alembikiem, sporą tegoż lampkę od razu wysączył i przeżegnawszy się przed drzwiami, wrócił do gości.
— Choroba, jakeśmy się dawno nie widzieli, panie budowniczy! Rychtyk, widzi się, od pogrzebu ciotki Józiaka. Ho, ho, chłopaczek tera spaniał, dawno już nie był tu na Głębokiej... a ojciec Jakub nie zajrzał też przypadkiem w tych dniach do paniska?
— Owszem, był niedawno — odparł Paweł, niespokojnie patrząc na wujenkę, co jak na szpilkach siedziała.
— Z przeproszeniem wielmożnej pani Kontrolerowej, czy pan Marcin zdrów? — zagadnął Szczepaniak drapiąc się znów po czuprynie i rogatywkę z ręki do ręki przerzucając.
— O, zdrów, pewno tu dziś u państwa będzie — odrzekł mu szybko Paweł.
— Poczciwy, dobry pan... E, choroba tam z tymi wszystkimi udawaniami, niech ich najjaśniejsze pioru-
— O mój Boże! Może zgotować ziółek, co to kochana pani zwykle używa, albo po doktora posłać? — zawołała troskliwie Marcysia.
Paweł, znacznie baczniejszy, odkąd dzień w dzień przebywał w towarzystwie kobiet, dostrzegł, że dziewczynka ma czerwone oczy i stroskaną minkę.
— Nim wielmożna pani pójdzie na górę, na chwileczkę jedną do nas — nastawał kowal otwierając drzwi i z pokornym ukłonem usuwając się lokatorce.
Gulmańcewiczowa, nie mogąc ociągać się dłużej, weszła, a za nią Paweł — Marcychna została w sieni, kowal przymknął drzwi i kiedy już usiedli, podrapawszy się w czuprynę siwiejącą coraz bardziej, nagle wpadł do pierwszej izby, wydostał z szafki buteleczkę z alembikiem, sporą tegoż lampkę od razu wysączył i przeżegnawszy się przed drzwiami, wrócił do gości.
— Choroba, jakeśmy się dawno nie widzieli, panie budowniczy! Rychtyk, widzi się, od pogrzebu ciotki Józiaka. Ho, ho, chłopaczek tera spaniał, dawno już nie był tu na Głębokiej... a ojciec Jakub nie zajrzał też przypadkiem w tych dniach do paniska?
— Owszem, był niedawno — odparł Paweł, niespokojnie patrząc na wujenkę, co jak na szpilkach siedziała.
— Z przeproszeniem wielmożnej pani Kontrolerowej, czy pan Marcin zdrów? — zagadnął Szczepaniak drapiąc się znów po czuprynie i rogatywkę z ręki do ręki przerzucając.
— O, zdrów, pewno tu dziś u państwa będzie — odrzekł mu szybko Paweł.
— Poczciwy, dobry pan... E, choroba tam z tymi wszystkimi udawaniami, niech ich najjaśniejsze pioru-
www.nfspolska.pl