Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 62
daje lekcje córce Szczepaniaka? — zagadnął Paweł, jakby budząc się z zamyślenia.
— Na nieszczęście! — zawołała drgnąwszy niespokojnie. — Nie dziwię się chłopczynie, że mu przez czas niejaki naprzykrzyło się włóczyć taki kawał drogi i męczyć nad uczennicą nie bardzo pojętną, ale teraz znowu jak najregularniej przychodzi... Dobre przeczucie miałeś, panie Pawle, przewidziałeś nieszczęście — dodała nagle — radząc mi, żeby Marcelek wyprowadził się od Jabłuszków. Czemu to ja przywiązałam się tak do tego kąta, gdzie tylko same przykrości mnie spotykały?... Byłeś też na nowym mieszkaniu Marcelka?
— Byłem... pokoik niewielki, ale tak przystrojony sprzęcikami i drobiażdżkami rozmaitymi, że wygląda nawet za elegancko, prędzej na kobiece niż na męskie mieszkanie.
— Marcelek bardzo jest porządny i dbały i, jak mógł, poprzykrywał biedę, która dopiero teraz będzie biedą prawdziwą — rzekła znowu z płaczem. — Jak też uważają go u radcostwa, u państwa Beleńskich — tylko szczerze, panie Pawle? — zapytała nagle, ocierając oczy.
— Dobrze — odrzekł Paweł nie chcąc zmartwić wujenki najlżejszym odcieniem wątpliwości, która czasem nagabała go jednak w tym względzie.
Stanęła dorożka. Gulmańcewiczowa zatrzęsła się, kiedy kum Szczepan otworzył drzwiczki i pomógł jej wysiąść, a Marcysia wybiegła z sieni i pocałowała w rękę.
„Poczciwi ludziska, ani się spodziewają, jaka ich czeka niespodzianka" — pomyślał Paweł witając ich serdecznie.
— Wielmożna pani Kontrolerowo, panie budowniczy, może państwo łaskawe wstąpią do nas na chwilę.