Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 61
Na łoskot, na krzyk adwokata i Pawła, który wiedząc, jak do serca wzięła nieszczęście swoje, zląkł się, czy to nie co gorszego od zemdlenia, wbiegła pani Szyk, służący i domownicy.
Podnieśli ją, położyli na kanapie, rozebrali, po doktora natychmiast posłano — ale wkrótce przyszedłszy do siebie zażenowała się nadzwyczaj i podniosła natychmiast. Mimo próśb gospodarstwa, żeby odpoczęła, a zwłaszcza też młodziutkiej pani domu, która z prawdziwym współczuciem krzątała się koło niej, nie chciała jednak dłużej pozostać, chociaż drżała na samą myśl o powrocie do domu.
— Mon cher Monsieur Paul! — mówiła w dorożce, kiedy już zbliżali się do Głębokiej, a zimno i gorąco ją przejmowało. — Jak to boleśnie narobić ambarasu obcym ludziom, jak ja tym państwu Szykom, a potem służyć jeszcze za przedmiot do rozmowy, która oczywiście obiegnie po całym kółku znajomych. Będą się litować i śmiać z mojej głupoty, której jednak nie spodziewałam się tak gorzko opłacić.
— Zaręczam wujence, że Szykowie są zanadto przyzwoici i delikatni, aby mieli rozgłaszać wypadek tak łatwy do zrozumienia w tym razie, co może obudzić tylko współczucie, przypuszczam litość, ale nigdy śmiechu.
— Du reste... lepiej niech od razu nieszczęście spadnie, niż żeby się sączyło kroplami i szpilkami zakłuwało, jak się to mówi po francusku — rzekła kobieta odwracając nagle oczy od domku Szczepaniaka, którego żółtawe ściany widać już było z daleka, a dym z komina, iskry z kuźni w pogodny dzień wysoko bujały w powietrzu.
— Wszakże Marcelek, kochana wujenko, jeszcze
Podnieśli ją, położyli na kanapie, rozebrali, po doktora natychmiast posłano — ale wkrótce przyszedłszy do siebie zażenowała się nadzwyczaj i podniosła natychmiast. Mimo próśb gospodarstwa, żeby odpoczęła, a zwłaszcza też młodziutkiej pani domu, która z prawdziwym współczuciem krzątała się koło niej, nie chciała jednak dłużej pozostać, chociaż drżała na samą myśl o powrocie do domu.
— Mon cher Monsieur Paul! — mówiła w dorożce, kiedy już zbliżali się do Głębokiej, a zimno i gorąco ją przejmowało. — Jak to boleśnie narobić ambarasu obcym ludziom, jak ja tym państwu Szykom, a potem służyć jeszcze za przedmiot do rozmowy, która oczywiście obiegnie po całym kółku znajomych. Będą się litować i śmiać z mojej głupoty, której jednak nie spodziewałam się tak gorzko opłacić.
— Zaręczam wujence, że Szykowie są zanadto przyzwoici i delikatni, aby mieli rozgłaszać wypadek tak łatwy do zrozumienia w tym razie, co może obudzić tylko współczucie, przypuszczam litość, ale nigdy śmiechu.
— Du reste... lepiej niech od razu nieszczęście spadnie, niż żeby się sączyło kroplami i szpilkami zakłuwało, jak się to mówi po francusku — rzekła kobieta odwracając nagle oczy od domku Szczepaniaka, którego żółtawe ściany widać już było z daleka, a dym z komina, iskry z kuźni w pogodny dzień wysoko bujały w powietrzu.
— Wszakże Marcelek, kochana wujenko, jeszcze
www.nfspolska.pl