Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 60
koszta, kłopoty, ambarasy, skargi o potwarz i mnóstwo nieprzyjemności, jakie dla mężczyzny uciążliwe byłoby znosić, a cóż dopiero dla kobiety!
— Dzięki panu składam najkorniejsze za radę tak sumienną i prawdziwie przyjacielską. Widzę aż nadto dobrze, że com utraciła, już nigdy nie odzyskam i po niewczasie dopiero uznaję, że tylko samej sobie powinnam przypisywać winę w całym interesie, gdziem ryzykowała cały prawie mój majątek, polegając zanadto na człowieku, którego wprawdzie znam od dawna i okazywał się zawsze chętny, usłużny i przychylny, ale z którym każdy postępowałby ostrożniej.
— Mówi pani pewno o panu Jabłuszce. Znany to i wytrawny matacz, który jednak ma tę zaletę, jak słyszałem — jeśli to godzi się nazwać zaletą — że się na mniejsze spekulacyjki od niejakiego czasu nie ciska i zawsze coś lepszego wyszperawszy zbyt rozgłośnych oszustw nie popełnia, tak jak wielu innych. Pani łaskawa! nie dziwię się bynajmniej, żeś pani padła ofiarą nędznej zgrai oszustów: najrozumniejszy człowiek bywa łatwowiernym.
— I najrozumniejszego właśnie najłatwiej nikczemność albo głupstwo, co często na jedno wychodzi, podejdzie, bo go znajduje nieprzygotowanym, bo się nie spodziewał, aby go podejść mogło. Trudna rada, wujenko droga! Tamto już na zawsze przepadło; teraz będziemy tylko radzić nad tym, aby się wydostać z kłopotów — i za pomocą bożą może się wydostaniem.
— Dziękuję panu jeszcze raz, żałuję, żem dawniej nie miała przyjemności znać pana dobrodzieja — rzekła Gulmańcewiczowa wstając z widocznym wysileniem.
Pan Szyk pocałował ją w rękę, z uszanowaniem odprowadził do drzwi od salki, ale zaledwie kilka kroków postąpiła, zachwiała się i padła zemdlona.
— Dzięki panu składam najkorniejsze za radę tak sumienną i prawdziwie przyjacielską. Widzę aż nadto dobrze, że com utraciła, już nigdy nie odzyskam i po niewczasie dopiero uznaję, że tylko samej sobie powinnam przypisywać winę w całym interesie, gdziem ryzykowała cały prawie mój majątek, polegając zanadto na człowieku, którego wprawdzie znam od dawna i okazywał się zawsze chętny, usłużny i przychylny, ale z którym każdy postępowałby ostrożniej.
— Mówi pani pewno o panu Jabłuszce. Znany to i wytrawny matacz, który jednak ma tę zaletę, jak słyszałem — jeśli to godzi się nazwać zaletą — że się na mniejsze spekulacyjki od niejakiego czasu nie ciska i zawsze coś lepszego wyszperawszy zbyt rozgłośnych oszustw nie popełnia, tak jak wielu innych. Pani łaskawa! nie dziwię się bynajmniej, żeś pani padła ofiarą nędznej zgrai oszustów: najrozumniejszy człowiek bywa łatwowiernym.
— I najrozumniejszego właśnie najłatwiej nikczemność albo głupstwo, co często na jedno wychodzi, podejdzie, bo go znajduje nieprzygotowanym, bo się nie spodziewał, aby go podejść mogło. Trudna rada, wujenko droga! Tamto już na zawsze przepadło; teraz będziemy tylko radzić nad tym, aby się wydostać z kłopotów — i za pomocą bożą może się wydostaniem.
— Dziękuję panu jeszcze raz, żałuję, żem dawniej nie miała przyjemności znać pana dobrodzieja — rzekła Gulmańcewiczowa wstając z widocznym wysileniem.
Pan Szyk pocałował ją w rękę, z uszanowaniem odprowadził do drzwi od salki, ale zaledwie kilka kroków postąpiła, zachwiała się i padła zemdlona.
www.nfspolska.pl