Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 54
— dokończył zagniewany Paweł robiąc nogą gest wyrazisty.
— Panie budowniczy! Jestem nie wiedzieć kim, potępiasz mnie najniesłuszniej. Daję najświętsze słowo honorowe...
— No, no... idź wasan precz! — odrzekł już spokojniej, odsuwając go ręką. Zeszedł z Gulmańcewiczową, która mimo woli dziwiąc się niespodzianej energii siostrzeńca, bojąc się jej nawet poniekąd, miała mu za złe popędliwe i rubaszne obejście z Jabłuszką.
— Kochana wujenko! — mówił troskliwie Paweł siedząc przy niej w dorożce. — Może byśmy odwiedziny na inny czas odłożyli. Po gwałtownym wzruszeniu znużą wujenkę.
— Nie sądź, Monsieur Paul, żebym przez nierozwagę popadłszy w nieszczęście nie miała siły znieść go — odrzekła kobieta nie mogąc wstrzymać łez. — Nie dla siebie robiłam, poświęciłam wiele... Bóg ciężko mnie doświadczył na moje stare lata. Kiedy więc byłeś tak grzeczny, panie Pawle, jedźmy! Dla własnej spokojności chciałabym jak najprędzej wywiedzieć się o wszystkim. Ach! Boże, Boże, co tu począć teraz z Marcelkiem, nie będę miała odwagi mówić z nim o tym.
— Niech wujenka mi pozwoli!
— Tylko ostrożnie, mój kochany panie Pawle, chłopczyna gotów jeszcze rozchorować się. Choć to w dostatki się nie opływało, zawsze jednak nie ma pojęcia o niedostatku, który nam grozi i przeszkodzić może jego karierze. Ja, dzięki Bogu, jeszcze jestem zdrowa i postaram się o obowiązek, choćby nawet gospodyni w porządnym jakim domu... ale on!
— Także będzie musiał zabrać się do pracy na serio. Niech się wujenka nie obawia, aby tylko chciał, to mu bieda nie dokuczy!