Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 51
Gulmańcewiczowa, zwykle żółtej, cytrynowatej cery, zzieleniała, Paweł także przyszedł na sprawą, usadowił wujenkę na ławeczce w ustępowej sali, uprosił woźnego o szklankę wody i skropił nią skronie kobiety obawiając się, że lada chwila zemdleje. Publika, zawsze ciekawa i litościwa, a której po sądach, nie tylko podczas ważniejszych spraw, sporo się wałęsa dla interesu, zabicia czasu, przez ciekawość lub też przez tradycyjną palestrancką żyłkę, zaczęła się zbierać koło niej i wypytywać, co to za kobieta, która tak do serca wzięła przegranę — co to za sprawa, która jej, widać, cios ostateczny wymierzyła. Krew Kalbfleischów przemogła nad gorzką dolegliwością zawiedzionej nadziei, nad dolegliwszą boleścią matki, co tak złotą przyszłość roiła dla jedynaka. Czując, że zostaje widowiskiem dla gawiedzi — chociaż jej tak było słabo, tak się chwiały nogi, że z trudnością utrzymać się mogła — wstała jednak, zapuściła woal i podawszy rękę Pawłowi wyszła z nim ze sądu.
Paweł bał się poszepnąć słówka pociechy, żeby nie zadrażnić cierpienia, które, znając ją, wiedział, jak musiała uczuć głęboko. Na wschodach spotkali Jabłuszkę. Skrzywiony okropnie na twarzy, mrużąc oczy, uchwycił jej rękę i przyciskając do ust, głośno zapłakał.
— Jestem nie wiedzieć kim, pani Kontrolerowo, że to rzecz najniesłychańsza z najniesłychańszych. Dowody jak słońce, jak dzień, jak to, że tu stoimy, panie budowniczy dobrodzieju! Daję najświętsze słowo honorowe, w co wierzyć teraz na świecie? Na dobitkę jeszcze pan adwokat zachorował, a zwłóczyć nie można było, i na najistotniejszą prawdę, pan Kaktusiński — choć zdolny prawnik — w porównaniu z mecenasem kuratora Szpagatowicza nie mówił dobrze — nie!