Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 5
ile, bo od Szczepaniaka niczego się nie dowie, ale miarkuję, że sporo.
— Wujenka pożyczyła pieniędzy na proces od Szczepaniaka? Nie wiedziałem o tym nic a nic — odparł Paweł dziwiąc się nagle i marszcząc czoło. — Jeśli pożyczyła, to zwróci najsumienniej — dodał po chwili, przechadzając się niespokojnie.
— Ano to się wie, że odda, proszę paniska. O tym nie ma co mówić, ale coś mi się ochapia, że i panią Kontrolerowę także zmanili... dzień w dzień ją teraz Żydziska jacyś odwiedzają... Ano wywiadywałem się
o tego pana Jabłuszkę, u którego stoi pan Marcin. Chociaż niby tak bardzo źle o nim nie słyszałem, wszyscy się zgodzili, że to matacz i żona także szachrajka... Ale tego niby Porucznika poznałem, toć on w naszym pułku za księcia był doboszem, potem, że był dryblas, został tamburmażorem i nigdy prochu nie wąchał... Czy pan budowniczy zna go? widział kiedy?
— Nie słyszałem o żadnym Poruczniku... ale szczerze wam dziękuję, ojcze poczciwy, za te szczegóły... Czuję, że to prawda... Kiedy pogrzeb ciotki Józiaka?
— Jutro.
— Natychmiast pójdę do wujenki, Marcelka muszę odebrać od Jabłuszków, nie mogę pozwolić, żeby tam mieszkał... Bóg wam zapłać, poczciwy ojcze Jakubie! A niechże Pan Bóg broni, żeby poczciwy Szczepaniaczysko za dobre serce miał cierpieć jeszcze. Bóg was natchnął, żeście do mnie przyszli, nie bójcie się, nie będzie mu krzywda — mówił Paweł nadzwyczaj żywo
i wdział palto, żeby natychmiast pobiec do Gulmańcewiczowej.