Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 40
brudasem i niedbalcem. Może on być istotnie bardzo znamienitym w swoim zawodzie, może posiadać wszystkie przymioty, co mu pan przyznajesz, nawet przystojną twarz — ale nie wierzą w jego praktyczność. W towarzystwie zaś tak dalece jest nudny i niepotrzebny, że nie rozumiem kobiety, której by mógł się spodobać — zawyrokowała spoglądając znowu na pasierbicę.
— Gusta są rozliczne i zmieniają się jak mody, jak pogody jesienne w bajce Krasickiego — jeden tylko jest trwały, to jest dobry gust — wtrącił Beleński ciesząc się ze swego wyrażenia, które miał za głębokie. Celestyn tymczasem przeszedłszy, o ile mógł najciszej, parę pokoi, wkrótce powrócił z wieścią, że Sarmiewicz, przestawszy grać z panną Karoliną w bilard, siedział koło niej na kanapce przy oknie i rozmawiał tak wesoło, jakby go nigdy głowa nie bolała, jakby był z natury najrozmowniejszym usposobieniem obdarzony.
— Więc nie wolno mu nawet, według pana, rozmawiać z kobietami? — nadmieniła Aniela.
— Ale takim panom to nawet wolno robić ploteczki — rzekła Celestynowa wskazując na męża. — Poproś też Karolci! — zawołała nagle, niby to tak sobie, najzwyczajniej... a w istocie bardzo była zaintrygowaną, o czym córka jej mogła tak długo rozmawiać z Sarmiewiczem.
Zanim Celestyn wybrał się w drogę, panna Karolina przybiegła do salki uśmiechająca, chociaż roztargniona.
— Pan Sarmiewicz gra pewno ze Stasiem w bilard? — zapytał Beleński.
— Wygrałam od niego wszystkie partie — odparła żywo, jakby nie zrozumiała pytania. — Poszedł ze Stasiem na górę, wróci tu pewnie dopiero na herbatę — dodała siadając przy Anieli i pieszczotliwie opierając głowę na jej ramieniu, ze szczególniejszym niezadowoleniem matki, które Celestynowi rajem napełniało serce.
— Niech ci powinszuję, jaki z ciebie, ten, jakże, dyplomata! — szepnął do Beleńskiego. — Anielce mojej zupełnie przewróciliśmy w mądrej, ten, w mądrej główce.