Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 36
— Tak samo papa zapierałeś się przed chwilą, nie wierzę... ale jak się dowiem, nie daruję.
— Drażnisz się na próżno z panem Celestynem. Cóż by ci panowie mogli mówić?
— Może się Karolcia obawia, czyśmy się nie domyślili jakiej — ten — tajemnicy — wtrącił żartobliwie Celestyn ciesząc się nadzwyczaj ze swego przycinku.
— Tajemnicy?... Nie mam żadnych tajemnic — odparła żywo i na serio, ale spojrzawszy na siostrę, co badawczo utkwiła w nią wnikliwe, bystre oczy, odwróciła się nagle i na rumianych, pełnych jej policzkach żywsza barwa błysnęła.
Nadjechała wkrótce Celestynowa, wystrojona jak trzydziestoletnia mężatka, zeszedł z góry ze Stasiem Paweł, który wyglądał nadzwyczaj mizernie, smutny był i często się zamyślał. Chociaż to u niego nie nowina, wszystkich uwagę zwróciło od razu. Nigdy go jeszcze takim nie widzieli. Przy stole Celestyn trącił Beleńskiego, uśmiechnął się do Anieli, która oka z siostry nie spuszczała. Celestynowa nawet przyjrzała się mu bacznie parę razy, a panna Karolina odsuwając niedbale półmisek z potrawą, który jej podawał służący (niezawodny symptomat zakochania, bo zwykle miała dobry apetyt), zagadnęła go nagle przyjaznym bardzo głosem:
— Co panu, panie Sarmiewicz... czy pan cierpiący, czy pan masz jakie zmartwienie?
— Dlaczego, pani?
— Tak się pan zmieniłeś na twarzy, że aż przykro patrzeć na pana.
Chórem prócz Anieli potwierdzili wszyscy to samo, a Celestyn z uśmiechem dodał:
— Wyglądasz, ten, jakby zafrasowany lub wyłącznie jedną myślą zajęty.
— Drażnisz się na próżno z panem Celestynem. Cóż by ci panowie mogli mówić?
— Może się Karolcia obawia, czyśmy się nie domyślili jakiej — ten — tajemnicy — wtrącił żartobliwie Celestyn ciesząc się nadzwyczaj ze swego przycinku.
— Tajemnicy?... Nie mam żadnych tajemnic — odparła żywo i na serio, ale spojrzawszy na siostrę, co badawczo utkwiła w nią wnikliwe, bystre oczy, odwróciła się nagle i na rumianych, pełnych jej policzkach żywsza barwa błysnęła.
Nadjechała wkrótce Celestynowa, wystrojona jak trzydziestoletnia mężatka, zeszedł z góry ze Stasiem Paweł, który wyglądał nadzwyczaj mizernie, smutny był i często się zamyślał. Chociaż to u niego nie nowina, wszystkich uwagę zwróciło od razu. Nigdy go jeszcze takim nie widzieli. Przy stole Celestyn trącił Beleńskiego, uśmiechnął się do Anieli, która oka z siostry nie spuszczała. Celestynowa nawet przyjrzała się mu bacznie parę razy, a panna Karolina odsuwając niedbale półmisek z potrawą, który jej podawał służący (niezawodny symptomat zakochania, bo zwykle miała dobry apetyt), zagadnęła go nagle przyjaznym bardzo głosem:
— Co panu, panie Sarmiewicz... czy pan cierpiący, czy pan masz jakie zmartwienie?
— Dlaczego, pani?
— Tak się pan zmieniłeś na twarzy, że aż przykro patrzeć na pana.
Chórem prócz Anieli potwierdzili wszyscy to samo, a Celestyn z uśmiechem dodał:
— Wyglądasz, ten, jakby zafrasowany lub wyłącznie jedną myślą zajęty.
www.nfspolska.pl