Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 27
— Zdaje mi się, że mylnie. Takie już jego usposobienie... zresztą nie wiem — odparła zwolna Aniela patrząc przez okno na kasztany w ogrodzie, pobielone śniegiem.
— Celestyn przyniósł mi dzisiaj kompromitujący bardzo corpus delicti... urywek jego korespondencji z westchnieniami do ukochanego przedmiotu i anibyś się domyśliła, która jest tą szczęśliwą — dodał wyznając, od kogo Celestyn dostał świstek.
— Któraż? — zapytała grzecznie, patrząc w okno ciągle.
— Czytaj!
Wzięła świstek do ręki, przeczytała uważnie i zawołała z głośnym uśmiechem, nieco przymuszonym:
— To niepodobieństwo!
— Czemu? — zagadnął mąż mrużąc oczy.
— Za Karolinę ręczyć mogę, że się nim nie zajęła — odrzekła zwolna, ciskając papier na dywan.
II ne faut jurer de rien. Madame Celestin et vous... przyznajcie, panie, że sobie kimś zaprzątnęła główkę. Kim? X. Albo więc ten X do zwyczajnego gatunku żonkosiów nie należy, albo też panna Karolina po tylu konkurach, znudzona oczywistymi oświadczeniami, zapragnęła raz w życiu tajemnicy, ciskającej taki urok na związek marzeń miłosnych, i sądzi, żeśmy oślepli; albo też uwzięła się, żeby nikt nie przedarł zasłony, dopóki jej sama nie zechce uchylić.
— Za subtelny domysł!
— Proszę utworzyć trafniejszy, a zresztą czemużby nie miała zająć się Sarmiewiczem? Ci ludzie skromni, zamyśleni, mało mówiący, w których tęsknym spojrzeniu, zdaje się, że boleje bez ustanku dusza niepo-