Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 26
nie wiem czemu, kobiety nasze tolerują — mais que faire!
— Gulmańcewicz — ten — niczego sobie.
— Monsieur Celestin! Gdybyśmy przypadkiem po obiedzie mieli rozmawiać o tym z moją i z twoją żoną, co ci szkodzi powstawać ciągle na Sarmiewicza, w razie gdybym ja na przykład przypuszczał możliwość małżeństwa.
— Małżeństwa — allons donc — ten — małżeństwa? Czy to Anielka moja malowana — myślisz? Ale rozumiem, masz coś w tym — dobrze, naśmiejemy się potem.
— I mam jeszcze jedną prośbę, żebyś przed żoną nie wspominał o liście, jeśliś jej go już nie pokazał — a przed Karolcią ani słowa o niczym.
— Gdzieżbym ja — ten — miał pokazywać — a Karolci skądże znowu? Znasz mnie — ten — przecie.
Beleński wstał, poprawił sobie w lustrze włosy i wąsy, zasadził lornetkę na nos i zostawiwszy Celestyna poszedł do żony, z którą panna Karolina tylko co wracała z kościoła. Nadzwyczaj wesoło i rozmownie nagadał kobietom grzeczności i zaintrygowawszy Karolinę, że jej ojczym ma coś ważnego powiedzieć, wyprosił ją do niego.
Zostawszy sam na sam z żoną, wahał się przez chwilę, kładł i zdejmował lornetkę, nareszcie zasadziwszy ją rezolutnie, rzekł żywo:
— Angélique! anibyś się spodziewała, na jaką tajemnicę wpadłem najniewinniej, której odkrycie poniekąd mnie ucieszyło. Przypominasz sobie, że smutkowi, roztargnieniu i zamyśleniu poczciwego Sarmiewicza przypisywałem zawsze powód miłosny.
— Gulmańcewicz — ten — niczego sobie.
— Monsieur Celestin! Gdybyśmy przypadkiem po obiedzie mieli rozmawiać o tym z moją i z twoją żoną, co ci szkodzi powstawać ciągle na Sarmiewicza, w razie gdybym ja na przykład przypuszczał możliwość małżeństwa.
— Małżeństwa — allons donc — ten — małżeństwa? Czy to Anielka moja malowana — myślisz? Ale rozumiem, masz coś w tym — dobrze, naśmiejemy się potem.
— I mam jeszcze jedną prośbę, żebyś przed żoną nie wspominał o liście, jeśliś jej go już nie pokazał — a przed Karolcią ani słowa o niczym.
— Gdzieżbym ja — ten — miał pokazywać — a Karolci skądże znowu? Znasz mnie — ten — przecie.
Beleński wstał, poprawił sobie w lustrze włosy i wąsy, zasadził lornetkę na nos i zostawiwszy Celestyna poszedł do żony, z którą panna Karolina tylko co wracała z kościoła. Nadzwyczaj wesoło i rozmownie nagadał kobietom grzeczności i zaintrygowawszy Karolinę, że jej ojczym ma coś ważnego powiedzieć, wyprosił ją do niego.
Zostawszy sam na sam z żoną, wahał się przez chwilę, kładł i zdejmował lornetkę, nareszcie zasadziwszy ją rezolutnie, rzekł żywo:
— Angélique! anibyś się spodziewała, na jaką tajemnicę wpadłem najniewinniej, której odkrycie poniekąd mnie ucieszyło. Przypominasz sobie, że smutkowi, roztargnieniu i zamyśleniu poczciwego Sarmiewicza przypisywałem zawsze powód miłosny.
www.nfspolska.pl