Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 22
Matka wiedząc, że by się na nic nie zdało wybadywać ją — gubiła się w domysłach.
W trzy dni po wieczorze, w pogodny ranek zimowy, Staś grał w bilard z Celestynem, który zastanawiał się, dlaczego już trzecią partię przegrywa, a wyrostek, korzystając z jego roztargnienia, grał raz swoją, to znów jego bilą. Po skończonej grze poprosił go swoim zwyczajem o kilka cygar dla Pawła, które zwykle sam, krztusząc się, palił na wschodach lub na górze w nieobecności mentora.
— Przecież zawsze częstuję sam cygarami — tego — jakże — Sarmiewicza po obiedzie — odparł Celestyn, w złym nieco humorze po przegranej.
— Pokazałbym coś papie, ale się boję — wtrącił rozpieszczony pasierb, który miał do ojczyma najwięcej poufałości.
— Pewno znowu jaką — ten — niedorzeczność?
— Ale musiałby mi papa dać naprzód słowo, że przed nikim nie powie.
— Cóż znowu — ten — ze słowem, pokaż, i kwita! — odparł Celestyn, który władzę kobiet coraz bardziej nad sobą uznając, nabierał coraz więcej ich drobiazgowej ciekawości.
Prowadząc go do okna chłopiec macał go tymczasem po kieszeni od surduta, czy tam nie tkwi cygarniczka.
— Pan Sarmiewicz kocha się w Karolci — szepnął mu nagle.
— Oszalałeś — ten — idź do diabła!
— Aha! oszalałeś... darmo to wzdychał po wieczorze przez całą noc! A dzisiaj znalazłem udarty kawałek listu — patrz, papa! Wszak to ręka pana Pawła?
Celestyn skwapliwie pochwycił świstek i zasadziwszy na nos podwójną lornetkę przeczytał kilka wierszy po francusku wyraźnie napisanych: