Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 21
Przy nadstotysięcznej i przystojnej pannie Karolinie kręcono się dosyć, nikt jednak nie przybrał wyraźniejszego charakteru. Matka, siostra, szwagier śledzili najbaczniej u wrażliwej panny symptomatu głębszego wrażenia, wychwalali lub ganili tych i owych, podsuwali myśli rozmaite — na próżno! Celestynowa rozgniewała się nareszcie, że ją przywiozła do Warszawy. Na wsi przynajmniej zlatywali się konkurenci rozmaici; przy wrodzonej wrażliwości panna w każdym pokochała się troszeczka, odkochała — i każdy musiał odbyć przynajmniej kwarantannę, nim planik macierzyński i marzenia o zięciu — spełzły jakoś zawsze na niczym. Zgniewana i znudzona matka znając kapryśność córki, z której nadaremnie ją chciała wyleczyć, uwierzyła nareszcie i w brak szczęścia, nieraz tak łaskawego dla brzydszych i uboższych panien, a nieprzyjaznego dla tak zwanych dobrych partii, co to nieraz do trzydziestki itd. w dziewiczym pozostają zawodzie.
Nareszcie, kiedyś na kilka dni przed przedostatnim wieczorem karnawałowym, panna zaczęła się nieco zamyślać, wzdychać, ubierać się rada w kolor czarny, zmizerniała nieco, pod pięknymi oczyma zasiniało bardziej; wieczorem, kiedy lampę zapalono, przenosiła się do ciemnego pokoju, aby w lubym mroku pomarzyć, powzdychać. Matka, przyzwyczajona do tych objawów uczuciowości podczas zabiegów kilku fortunniejszych konkurentów — niewiele sobie po niej obiecując, zaciekawiła się jednak, na kogo zwróciło się spojrzenie pełnoletniej kapryśnicy. Na przedostatnim wieczorze nader bacznie, przy pomocy Beleńskich, śledziła córkę: wyrywano ją sobie do tańca i rozmawiano ustawicznie — ale żadnej poszlaki ani wskazówki bliższej co do kogoś zaszczyconego wyborem panny Karoliny. Po wieczorze smętne jej usposobienie zaczęło przybierać cechy rzewniejsze jeszcze. Beleński dostrzegł w jej spojrzeniu łez, kiedy jego żona śpiewała kiedyś ich pochwałę z muzyką Szuberta.