Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 20
— Nie później jak do jutra, panie Sierocki! — zawołała za odchodzącym Marcysia.
— No, chłopaczku, choroba tam z ceregielami... wróć oto do nas na Głęboką! — mówił żegnając się z nim kum Szczepan, udobruchany jeszcze bardziej po przybyciu Marcelka.
— Zobaczę w tych dniach, kochany kumie! — odparł sierota całując go w ramię ze wzruszeniem i kiedy wracał na Tamkę, uczuł się tak samotnym na świecie, tak nieszczęśliwym, że płakał gorzko, jakby stał ciągle nad świeżym dołem, w którym znikła pod śniegiem i piaskiem trumna Michałki.
 
VI
Na periodycznych wieczorkach u Celestynów bywało sporo możniejszej i modniejszej młodzieży; rozmaite mamy chętnie tam napływały z córeczkami. Pod względem gościnnego przyjęcia, przyzwoitej zabawy i wielu innych światowych wymagań nic prawie nie można było zarzucić tym zebraniom. Plotkami, tak u nas niewyczerpanymi w pomysłach, chyba płeć nadobna dotknęła czasem coś lub kogoś; mężczyźni, których u nas nie można także obwiniać o brak usposobienia w tej mierze, z jednozgodną wstrzemięźliwością języka odzywali się o całym domu. Wielbili piękność Anieli; przyznawali przystojność jej siostrze, przyzwoitość Celestynowi i Beleńskiemu; wybaczyli roztargnienie Celestynowi, może przez wzgląd na sumienne wypełnianie obowiązków cześnika, według niego zgodnych z Prysznicowską kuracją — i nie zwracali uwagi na Pawła, nie zawadzającego nikomu. Jak to kobiety potrafią — tak i młodzież gryzła się oczywiście pomiędzy sobą i z właściwą nam gotowością szeptała kobietom złośliwe wieczorowe postrzeżenia o śmiesznościach lub wadach współtowarzyszów. Najczęściej jednak dostała się łatka Gulmańcewiczowi, którego nadskakiwanie, francuszczyzna, obejście, perfumy i pomady nie podobały się jednym i raziły drugich.
Karnawał tego roku był długi — wieczory tańcujące już miały skończyć się, mimo to cel ich główny nie dał się osiągnąć.