Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 19
nigdy nie zmienili i sam znowuś został na świecie — wróć do nas, Józiaku, wróć!
O prawdzie tego, co mówił kowal, łatwo było przekonać się Józiakowi spojrzawszy na wszystkich obecnych. Olbrzym jąkała, kiwając głową, wyszczerzył w uśmiechu całe dwa rejestra wielkich jak u konia a białych jak u wyżła zębów i ściskał mu rękę pieszczotliwie, aż mu palce trzeszczały; Jakubowa, mamrocząc pod nosem, zawołała głośnym basem spod pieca:
— Przenajświętsza Panno! Co macie, panie Józiak, po takiej słocie wracać aż na Tamkę; pościelę wam oto świeżego sianka, zostańcie dziś u nas!
Fidrykowa obcierała twarz z potu, a oczy z łez, do których coraz skłonniejsza była babina. I na Marcysi rzęsach zawisły dwie błyszczące kropelki, kiedy jej tatunio wspomniał o braterskiej życzliwości.
Serce chłopczyny, miotane żalem głębokim, wdzięcznością i wzruszeniem, biło mu w piersiach gwałtownie... Drzwi z lekka skrzypnęły i wszedł Marcelek taki jakiś grzeczny, potulny, pokorniutki i przy tym wyświeżony jak nigdy. Ukłoniwszy się grzecznie wszystkim zwrócił się natychmiast do Józiaka i wziąwszy go za rękę, powiedział kilka słów jedwabnych współubolewania i pociechy. Woń paczuli i milfleuru rozeszła się po izbie, siadł skromnie przy końcu stołu i zaczął przepraszać kuma Szczepana i Marcysię, że się spóźnił nieco na lekcję, ale mniemał, że nie tak prędko powrócą z pogrzebu. Rumieńce gwałtowne oblały twarz dziewczynki, oczy jej spojrzały cudnie i wdzięcznie; znów w spojrzeniu Józiaka błysnął ponury, bolesny wyraz, który tylko Maciuś jeden dojrzał, i ścisnął mu rękę pod stołem.
Józiak niezadługo odszedł — daremnie go chcieli zatrzymać.