Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 16
przyzna pani, żeby się to doniosło do Szczepaniaka. Dlatego też zdaje mi się, że by nie było nic złego, gdyby pan Marcel z właściwym sobie wdziękiem usiłował być znowu grzeczniejszym, znacznie grzeczniejszym dla panny Szczepaniak. Nie idzie za tym, aby się zobowiązywał do czegokolwiek, ale tak, niby półgębkiem, rozumie pani dobrodziejka? Młodemu, wysoce salonowemu człowiekowi jak pan Marcel to nie trudno.
— Nie rozumiem, dokąd pan zmierza.
— Do ostrożności, pani dobrodziejko. Przypuśćmy, że Szpagatowicz, wynalazłszy diabelskie kruczki jakieś, opóźniać się będzie z wypłatą, Szczepaniak, ujęty grzecznością syna pani dla córki, pozostanie nadal wierzycielem cierpliwym jak dotąd. Wszak prawda?... Czemu najniewinniej obrażać człowieka, który nam może jeszcze być potrzebny? Nie wtajemniczając pana Marcela w cały bieg interesu, mówiłem z nim o tym wszystkim ogółowo; zdaje się, że mnie pojął i może usłuchał. A pani dobrodziejce, sądzę, że ośmielam się zawsze złożyć dowód wysokiego szacunku i przyjaźni prosząc, aby stwierdziła macierzyńską powagą rady, com dał po przyjacielsku panu Marcelowi. Na grzeczności wszak jeszcze nikt nie stracił.
— Zapewne, panie Baltazarze... ale taka grzeczność może być niebezpieczniejsza dla Szczepańskiej niż dla Marcelka.
— Pani Kontrolerowo dobrodziejko, zanadto piękne odebrał wychowanie, aby miał kiedykolwiek uchybić sobie, a zresztą idzie tu tylko o to, mówiąc najszczerszą niby prawdę, aby przedwcześnie nie pozbawiać Szczepaniaka nadziei, że córka jego mogłaby zostać synową pani dobrodziejki, czego znowu skądinąd sam bym nie doradzał, bo choćbyśmy nawet nie mieli wygrać Wilczego Dołku, poznawszy bliżej pana Marcela