Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 12
sze ze wzruszeniem Józiakowi, zaleciła mu, ażeby w tych dniach przyszedł do pałacu, bo znowu pewno znajdzie się robota. Kum Szczepan, ale z Marcysią i Fidrykową, pragnąc koniecznie, żeby do nich Józiak wstąpił i rozerwał się na chwilę u dawnych przyjaciół, uprosili Pawła i ojca Jakuba, aby z nim razem pojechali na Głęboką.
— Pan budowniczy już się tam nie rozgniewa, że go tak śmiało oto zapraszam do naszej chałupy... ale toć to wiadomo, że największe panowie i najrozumniejsze ludzie zawsze są grzeczni siarczyście i nie pogardzają prostymi ludźmi... A choroba, proszę łaski pana, jak dawno już nie był pan u pani Kontrolerowej... poczciwości pani, chora trocha, twarz ma obwiązaną. Marcychna z Jakubową uprażyła jej tam ziół rozmaitych do materacyku, co go nosi na twarzy — prosił Szczepaniak.
— Pan budowniczy zawsze tak łaskaw, nie odmówi i teraz... a ojciec Jakub koniecznie — wtrąciła Marcysia.
— Zimno takie, pan lekko ubrany, trzeba się rozgrzać, a na Głęboką bliżej niż do pana. I wy, ojcze Jakubie, siadajcie z nami, pomieścimy się we dwóch dorożkach — dodała Fidrykową.
Paweł, po dowiedzeniu się rozmaitych szczegółów od zakonnika, wolałby nie iść do Szczepaniaka, ojciec Jakub musiał się spieszyć do klasztoru, ale że pragnęli sami, aby się nieco Józiak rozerwał, i wiedzieli, że bądź co bądź jasne ślipki Marcysi pocieszą go na chwilę, a prócz tego Paweł rad był odwiedzić wujenkę, o procesie której miał w tych dniach wiedzieć najdokładniej, dali się więc namówić i wkrótce, zajechawszy przed domek na Głębokiej, zasiedli przed tym stołem dębowym, gdzie to rok temu rozlegał się gwar wesoły i brzmiały kolędy w wilię Bożego Narodzenia.
— Pan budowniczy już się tam nie rozgniewa, że go tak śmiało oto zapraszam do naszej chałupy... ale toć to wiadomo, że największe panowie i najrozumniejsze ludzie zawsze są grzeczni siarczyście i nie pogardzają prostymi ludźmi... A choroba, proszę łaski pana, jak dawno już nie był pan u pani Kontrolerowej... poczciwości pani, chora trocha, twarz ma obwiązaną. Marcychna z Jakubową uprażyła jej tam ziół rozmaitych do materacyku, co go nosi na twarzy — prosił Szczepaniak.
— Pan budowniczy zawsze tak łaskaw, nie odmówi i teraz... a ojciec Jakub koniecznie — wtrąciła Marcysia.
— Zimno takie, pan lekko ubrany, trzeba się rozgrzać, a na Głęboką bliżej niż do pana. I wy, ojcze Jakubie, siadajcie z nami, pomieścimy się we dwóch dorożkach — dodała Fidrykową.
Paweł, po dowiedzeniu się rozmaitych szczegółów od zakonnika, wolałby nie iść do Szczepaniaka, ojciec Jakub musiał się spieszyć do klasztoru, ale że pragnęli sami, aby się nieco Józiak rozerwał, i wiedzieli, że bądź co bądź jasne ślipki Marcysi pocieszą go na chwilę, a prócz tego Paweł rad był odwiedzić wujenkę, o procesie której miał w tych dniach wiedzieć najdokładniej, dali się więc namówić i wkrótce, zajechawszy przed domek na Głębokiej, zasiedli przed tym stołem dębowym, gdzie to rok temu rozlegał się gwar wesoły i brzmiały kolędy w wilię Bożego Narodzenia.
www.nfspolska.pl