Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 11
Karawan zatrzymał się przed cmentarzem. Maciuś z czeladzią na ramionach ponieśli trumną do grobu... zaśpiewano Wieczny odpoczynek... Józiak płakał jak dziecko, jak dziewczyna, kiedy jej duszą jasną, sercem niewinnym po raz pierwszy wstrząśnie boleść głębsza. Rzucili po garści wilgotnego piasku na wpół ze śniegiem i cała gromadka, wkrótce zwracając się ku bramie, uprowadziła prawie gwałtem Józiaka, który klęczał nad grobem. Po chwili tylko wiatr wilgotny wył pośród katakumb i nagrobków, stada wron, kawek obsiadły drzewa odarte z liści i wierzch muru, jakby witały krakaniem schorowane, martwe ciało, nowoprzybyłe do wiecznego spoczynku, niegdyś tak piękne i kształtne, z którego dusza oczyszczona w cierpieniu uleciała ku górze, błogosławiąc sierotę i jego przyjaciół za pogrzeb uczciwy, na jaki może niedawno nie spodziewała się zasłużyć...
Szczepaniak chciał koniecznie zabrać Józiaka, który idąc między Pawłem, ojcem Jakubem i Maciusiem serdecznie podziękował staremu, bo nie chciał opuścić towarzyszy, zwłaszcza też Pawła, co w paltoniku opiętym, w cienkim obuwiu stąpał energicznie po śniegu, wśród słoty i zawiei. Jak wielu ludzi wątłej budowy i niewykształconych nawet sił fizycznych, mniej dbał o wygodę i prędzej zniósł niewygodę niż wielu sążnistych, muskularnych siłaczy. Rozogniony myślą jedną, zakłopotany drugą, życzliwy dla Józiaka, co go coraz bliżej obchodził, nie zwracał nawet uwagi, że z przemokłego kapelusza woda dziurgiem spływała mu na twarz, że mu przemokły suknie aż do koszuli; szedł szybko jak nieraz w pokoju swoim, kiedy przerwawszy robotę bił się z myślami rozmaitymi, gonił i rozganiał marzenia, a potem wracał do pracy jeszcze energiczniej.
Przy rogatkach Grzybińska, przyglądająca się zaw-