Domek przy ulicy Głębokiej cz. 4 (Wolski Włodzimierz)
Strona 10
namówiła koniecznie znużonego Józiaka, co jej czytał książkę, żeby się spać położył. Józiak nie chciał iść do swej izdebki, tylko zdrzemał się oparłszy głowę na stoliku i wyciągnąwszy nogi na kufrze. Wkrótce jednak zasnął głęboko i ciężki sen jakiś majaczył mu dokuczliwie. Zdawało się mu, że spada z ojcem Jakubem w dół bezdenny, słyszy nad sobą głos Michałki, który nań woła łagodnie po imieniu, jak to go słyszał na jawie, kiedy pierwszy raz ją zobaczył i wracał potem od pani Beleńskiej na Tamkę. Chciał odpowiedzieć, pierś go rozpierała, a nie mógł. Głos ten brzmiał coraz ciszej i smutniej; kiedy zamilkł, ocknął się Józiak. Sądząc, że chora śpi spokojnie, cichaczem poszedł się położyć na swoje posłanie.
Nad ranem obudził go krzyk Mateuszowej, Michałka już nie żyła... osłabiona, schorowana, chociaż tak domagała się życia, bez męczarń dłuższego konania zasnęła na wieki... i poniosła do grobu tajemnicę urodzenia Józiaka, którą w przystępie boleści lub żalu, mimo najsilniejszego postanowienia pokuty, mogłaby może wymówić. Józiak jednak tak jej żałował, jakby mu najlepsza matka umarła, a widok tylu życzliwych osób, co pospieszyli oddać ostatnią posługę jego krewnej, boleść jego podsycał tym bardziej. Mniemał, że odkąd ją znalazł, jakoś wszyscy łaskawsi dlań byli, że w oczach ludzkich już nie czytał tego lekceważenia za sieroctwo, które mu kiedyś Fidrykowa boleśnie dała uczuć. A chociaż Marcysię, Pawła, ojca Jakuba, Szczepaniaka, Maciusia i tylu innych życzliwych widział koło siebie, chociaż ich kochał z całym wylaniem poczciwego serca, uczuł się jednak jeszcze samotniejszym niż przedtem, kiedy się wyniósł z Głębokiej ulicy i nie miał nikogo na całym świecie szerokim, co by go krewnym mógł nazwać.
Nad ranem obudził go krzyk Mateuszowej, Michałka już nie żyła... osłabiona, schorowana, chociaż tak domagała się życia, bez męczarń dłuższego konania zasnęła na wieki... i poniosła do grobu tajemnicę urodzenia Józiaka, którą w przystępie boleści lub żalu, mimo najsilniejszego postanowienia pokuty, mogłaby może wymówić. Józiak jednak tak jej żałował, jakby mu najlepsza matka umarła, a widok tylu życzliwych osób, co pospieszyli oddać ostatnią posługę jego krewnej, boleść jego podsycał tym bardziej. Mniemał, że odkąd ją znalazł, jakoś wszyscy łaskawsi dlań byli, że w oczach ludzkich już nie czytał tego lekceważenia za sieroctwo, które mu kiedyś Fidrykowa boleśnie dała uczuć. A chociaż Marcysię, Pawła, ojca Jakuba, Szczepaniaka, Maciusia i tylu innych życzliwych widział koło siebie, chociaż ich kochał z całym wylaniem poczciwego serca, uczuł się jednak jeszcze samotniejszym niż przedtem, kiedy się wyniósł z Głębokiej ulicy i nie miał nikogo na całym świecie szerokim, co by go krewnym mógł nazwać.
www.nfspolska.pl